USA 2016 Trip: New York I

Część pierwsza.

Długo zabierałem się do napisania tego tekstu. Z różnych względów: m.in. dlatego, że po drodze działo się miliard innych mniej lub ważnych rzeczy, a ja jak głupi czekałem na «dobry moment». Odkładałem więc pisanie na później naiwnie wierząc, że ten moment w końcu nadejdzie. Skurczybyk, jakoś do tej pory się nie zjawił.

Jest jeszcze jeden powód, przez który samo myślenie o napisaniu relacji z Nowego Jorku sprawiało, że na mojej twarzy wykwitał kwaśny grymas: bałem się tego. To miasto jest wyjątkowe, koniec i kropka. Zainspirowało wielu i wciąż przyciąga tłumy. Jak więc pisać o Nowym Jorku, kiedy tak wielu zrobiło to przede mną? Czy moje trzy grosze wniosą cokolwiek do tak ogromnej puli? I najważniejsze: czy zdołam choć w ułamku przekazać wam uczucia, które towarzyszyły mi podczas przemierzania ulic New York City?

Przy okazji relacji z pobytu w Bostonie pisałem wam, że ze mną nie ma tak łatwo. Jeśli większość ludzi uważa coś—dajmy na to: film, nową kanapkę w maku albo miasto—za ósmy cud świata, to ja do takiego «czegoś» podchodzę sceptycznie. Wrodzona dociekliwość nakazuje mi przekonać się na własnej skórze, jak jest rzeczywiście, a dopiero później wydać werdykt. Nie inaczej było z Nowym Jorkiem. A w zasadzie, to było jeszcze gorzej, bo—no właśnie, to przecież Nowy Jork. Światowa stolica, centralny punkt na mapie kuli ziemskiej, a pewnie znalazłoby się kilku Amerykanów, którzy stwierdziliby, że na mapie wszechświata. Oczekiwania rosną wprost proporcjonalnie do domniemanej zajebistości miejsca.

Do Nowego Jorku zmierzałem więc z przeświadczeniem, że absolutnie nie ma możliwości, aby miasto zdołało się obronić. Myślałem: „OK, może i będzie kilka miejsc, które zachwycą, ale biorąc pod uwagę, jak wielkie mam wobec tego miejsca oczekiwania, coś musi pójść nie tak.” A jak już pójdzie «nie tak», to wysmażę taką relację, że nikt nigdy nie zechce tu przyjechać. Buahahahaha! Ekhem... Jak było naprawdę?

Jest sobota, godzina 11.15. Na śniadanie zjadłem owsiankę, a kawa w kubku zdążyła już wystygnąć. Za oknem szaro i ponuro. Zanosi się na deszcz. Nawet przy najlepszych chęciach nie określiłbym «dzisiaj» jako dobrego momentu na napisanie jakiegokolwiek tekstu, ale pieprzyć to. «Dobry moment» to tylko słaba wymówka.

Relacja, którą za chwilę przeczytasz, być może nie jest najlepszą relacją z Nowego Jorku, jaką kiedykolwiek widział świat; nie ważne. Być może stwierdzisz, że nie zasługuje nawet na określenie «dobra»; również nie ważne. Dla mnie liczy się to, że jest moja. Byłem tam, widziałem wszystko to, o czym zaraz przeczytasz. Uchwyciłem na zdjęciu momenty, które wydawały mi się tego warte; część z nich zachowam tylko w pamięci, bo jeszcze kiepski ze mnie bloger podróżniczy. I może ci się wydawać, że przesadzam, i że wyolbrzymiam zwykłą sprawę. „Nowy Jork? Ot, kolejne miasto” - możesz pomyśleć. Twoja wola. Wiedz jednak, że dla mnie to coś znacznie więcej.

Byłem w Nowym Jorku. I wiesz co? Z miejsca go pokochałem.

 

New York

New York

 

| Zanim zacznę: |

Jak możesz wywnioskować z leadu tego tekstu, jest on pierwszą częścią mojej relacji z Nowego Jorku. Postanowiłem, że wygodniej będzie podzielić ją na sztuk dwie, bo całość oszacowałem na cztery tysiące słów i ok. pięćdziesiąt zdjęć. Wyobrażacie sobie czytanie takiego tekstu? Jakkolwiek dobry nie był, zasnęlibyście po trzynastym akapicie. Drugiej części możecie spodziewać się za dokładnie dwa tygodnie.

 

BYŁEM W NOWYM JORKU

 

I było zajebiście! Łącznie spędziliśmy tam około siedmiu dni: cztery za «pierwszym razem», a później jeszcze trzy żeby złapać samolot do Polski. Czy to wystarczająco jak na Nowy Jork? I tak i nie. Tak, jeśli zależy ci na zwiedzeniu najważniejszych punktów miasta i zaliczeniu wszystkich atrakcji turystycznych. Nie, jeśli jak ja lubisz połazić sobie po mieście i poczuć jego klimat. Jak wspominałem we wcześniejszych tekstach dotyczących podróży po Stanach, nie jestem zwolennikiem hardkorowej turystyki. Zdecydowanie bardziej wolę zanurzyć się w odwiedzanym miejscu i niejako stać się jego częścią. A to, niestety, wymaga czasu. Podejrzewam, że i miesiąc nie wystarczyłby na «pełne zintegrowanie» z Nowym Jorkiem.

Dla jasności: pisząc o Nowym Jorku, w przeważającej większości czasu mam na myśli Manhattan. Miasto Nowy Jork podzielone jest na pięć tzw. okręgów (boroughs): Bronks, Brooklyn, Queens, Staten Island i Manhattan. Nawet nie rozważaliśmy możliwości zobaczenia każdego z nich: nie byłoby na to czasu. Trzymaliśmy się «centrum» i to w zupełności wystarczyło. Dla ciebie też wystarczy.

Pisząc o centrum Manhattanu, nie może być mowy o pomyłce: chodzi o Central Park. Określany mianem zielonych płuc Nowego Jorku, jest chyba najbardziej kultowym parkiem na świecie. Zajmuje powierzchnię niespełna 350 hektarów (czyli w huj) i świetnie nadaje się do rozpoczęcia wędrówki po Nowym Jorku. Zaczniemy więc od Central Parku. A konkretniej, to tutaj

 

Jacqueline Kennedy Onassis Reservoir - widok na Upper West Side

Jacqueline Kennedy Onassis Reservoir - widok na Upper West Side

 

Jacqueline Kennedy Onassis Reservoir to nic innego, jak wielki zbiornik retencyjny. Nie ma w nim absolutnie nic specjalnego, ale dla mnie pozostanie miejscem symbolicznym. To właśnie tutaj rozpoczęliśmy nasz podbój Nowego Jorku; tutaj również ostatni raz mieliśmy okazję przespacerować się przed wylotem.

Po Central Parku oprowadzili nas nasi znajomi, James i Natalia. Poznaliśmy się jeszcze na kampie, gdzie James pracował jako opiekun «opiekunów» dzieci, a Natalia, jego żona, czasem wpadała go odwiedzić. To niesamowicie życzliwi i wyluzowani ludzie, którzy nie raz nam pomogli. Pozwolili nam nawet u siebie zamieszkać podczas naszego drugiego pobytu. James, Natalia, if you're ever going to read this - thank you so much again for everything!

Na północ od Central Parku leży Bronks. Tam nas nie poniosło. Nie wiem, na ile prawdziwe są legendy krążące o tej dzielnicy. Ja na pewno nie wybrałbym się tam nocą. Jak stwierdził mój wykładowca, rodowity nowojorczyk: „taki biały chłopczyk jak ty nie ma tam czego szukać.” Nie szukałem.

Podążajmy zatem na południe. Właśnie w ten sposób chcę oprowadzić cię po Nowym Jorku: poruszając się w kierunku południowym.

Kolejny na trasie Central Parku jest Belvedere Castle.

 

Belvedere Castle

Belvedere Castle

 

Belvedere Castle to w zasadzie stacja meteorologiczna. Bardzo piękna stacja meteorologiczna, a zarazem dosyć popularne miejsce na kręcenie sceny miłosnej do komedii romantycznej. Powiedziano nam również, że dużo młodych par bierze tam ślub, a sporo panów upatruje sobie Belvedere Castle jako idealne miejsce do oświadczyn.

Ja na razie ślubu nie planuję, ale jeśli miałbym się oświadczyć, to chyba wybrałbym mostek nad The Lake.

 

The Lake - widok na Midtown Manhattan

The Lake - widok na Midtown Manhattan

 

Na zdjęciu mostka nie widać, ale właśnie taki widok na Midtown oferuje. Miejsce kultowe, a zarazem kolejna popularna filmowa lokacja. Tłumy (dosłownie) turystów, szczególnie par, wybierają się tam żeby trzasnąć selfie na tle wieżowców Manhattanu. Zrobienie «czystego» zdjęcia, pozbawionego ludzkich głów w kadrze, wymaga sporej dawki cierpliwości.

The Lake, czyli po ichniemu jezioro—widać, że nie wysilali się przy nazewnictwie—oferuje również romantyczną przejażdżkę gondolą. My zaobserwowaliśmy taką przejażdżkę pary amiszów. «Romantyczna» to ostatnie słowo, jakiego użyłbym do nazwania tej sceny.

Będąc przy The Lake, warto opuścić na chwilę Central Park i zajrzeć do American Museum of Natural History. Zwłaszcza, że zaraz zdradzę wam sekret, dzięki któremu zaoszczędzicie 100 zł na wejściówce.

 

Manfred!?

Manfred!?

Manfred!?

 

Pamiętacie „Noc w muzeum”? Taka rodzinna komedyjka z Benem Stillerem w roli głównej. Tak, to właśnie w TYM muzeum kręcone były zdjęcia do filmu. Gmach budynku jest imponujący, a jego wnętrze po prostu ogromne: mnóstwo sal i ekspozycji, setki tysięcy (dosłownie!) eksponatów. Spędziliśmy tam kilka godzin, a i tak nie udało się zobaczyć wszystkiego. Mimo wszystko, warto tu zajrzeć. A jak zrobić to za dolara?

Cena biletu to ok. 20 dolarów. Jeśli jednak zdecydujesz się przekazać darowiznę na rzecz muzeum, na jakąkolwiek kwotę—może to być jeden dolar—a również zostaniesz wpuszczony. Wystarczy powiedzieć przy kasie biletowej, że nie chcesz kupować wejściówki, tylko przekazać datek. Proste? Stówkę polskich złotych masz w kieszeni.

American Museum of Natural History leży przy ulicy Central Park West. Wróćmy na chwilę do parku i pójdźmy na wschód, aż dojdziemy do Piątej Alei.

 

Łódeczki.

Łódeczki.

 

Niestety, przegapiłem.

Niestety, przegapiłem.

 

Teraz znajdujemy się na Upper East Side. To chyba najmodniejsza, a zarazem najdroższa dzielnica mieszkalna Nowego Jorku. Panie mogą ją kojarzyć z serialu „Plotkara” (panowie też, jeśli oglądali). Mnóstwo tu apartamentowców i ekskluzywnych hoteli, a całości obrazu dopełniają wszechobecne butiki i sklepy. Mnie udało się kupić buty w Modell's, a większe zakupy ciuchowe zrobiliśmy w... H&M. Jeśli jesteś głodny i nie straszne ci kuchnie Dalekiej Azji, to lokalsi polecają Naruto Ramen. Ja też polecam, bo jedzenie mają bardzo smaczne, ale porcje mogą cię przerazić. Japończycy... Tfu! Amerykanie nie żałują.

Najedzony? No to wracamy z powrotem do parku.

 

New York City runners.

New York City runners.

 

A co powiesz na mały trening?

Central Park to chyba najgęściej zaludniony pod względem biegaczy park na świecie. Biegają wszyscy, nie ważny jest wiek czy stopień zaawansowania. Biegają w grupie i solo. Biegają dzień i w nocy. A jeśli ty nie lubisz biegać, możesz wybrać rower, rolki czy też milion innych sposobów na aktywny wypoczynek. Nowojorczycy uwielbiają rozprostowywać kości i rozciągać mięśnie po dniu spędzonym w biurze, a park jest do tego idealnym miejscem.

Możesz też pograć w frisbee.

 

Sheep Meadow.

Sheep Meadow.

 

Gdzie jest frisbee?

Gdzie jest frisbee?

 

Sheep Meadow to jedno z bardziej popularnych miejsc Central Parku. To tutaj rodzice zabierają dzieciaki na niedzielny piknik, a studenci przychodzą uczyć się do sesji albo po prostu pograć w frisbee. Cienie okolicznych drzew aż kuszą, żeby rozłożyć pod nimi kocyk i uciąć sobie drzemkę. W tym miejscu również zieleń parku powoli zaczyna ustępować betonowej dżungli środkowego Manhattanu. Oddech złapany? No to idziemy dalej.

Central Park zostaje w tyle, a my znowu kierujemy się na południe. Przed nami Midtown.

 

Carnegie Hall - jedna z najbardziej znanych sal koncertowych świata.

Carnegie Hall - jedna z najbardziej znanych sal koncertowych świata.

 

Midtown to, jak nazwa wskazuje, środkowa część Manhattanu. Budynki mieszkalne i hotele powoli ustępują miejsca biurowcom; już z daleka widać takie kolosy, jak Top of the Rock czy Chrysler Building, jedne z najsłynniejszych wieżowców Nowego Jorku. W oddali majaczy też sylwetka Empire State Building, tego najbardziej znanego. Nawet King-Kong wybrał Empire. Ja nie zdecydowałem wspiąć się na żaden.

Wszystkie te wieżowce to znakomite atrakcje turystyczne. Dosyć kosztowne, bo wejście na jeden to wydatek rzędu 30 dolarów od osoby, ale myślę, że warto wybrać chociaż jeden. Tak dla samego doświadczenia. Ja upatrzyłem sobie One World Trade, o którym opowiem w drugiej części.

Midtown to również Piąta Aleja w całej swej okazałości. Jeśli chcesz kupić kilka ładnych ciuchów, wal na Piątą. To tam znajdziesz butiki Prady, Versace czy Gucciego, jeden przy drugim. Kilka tysięcy baksów i nawet amerykańscy żebracy zaczną do ciebie mówić „królu złoty”.

Piąta to chyba «najbardziej prestiżowa ulica świata», bo znaleźć tam można biura i salony największych i najbardziej znanych marek na świecie. Między innymi słynne Apple Fifth Avenue.

 

Apple Fifth Avenue.

Apple Fifth Avenue.

 

Ci co się nie znają i lubią płacić za markę.

Ci co się nie znają i lubią płacić za markę.

 

Tak, poszedłem do sklepu Apple. Nie jestem jakimś fanboyem marki, chociaż planuje zakup kilku urządzeń sygnowanych jabłuszkiem. Wybrałem się tam z czystej ciekawości.

Z zewnątrz budynek robi wrażenie. Szklana kopuła, którą widzicie na zdjęciu, mieści w sobie schody i windę, które zaprowadzą was do właściwego sklepu pod ziemią. Sam sklep to... cóż, po prostu sklep. Zdziwiło mnie natomiast, ile ludzi robi tam zakupy. W Polsce Apple uchodzi za markę premium i rzadko widzi się kogoś obładowanego torbami wychodzącego z iStore. W Stanach urządzenia z jabłuszkiem są zdecydowanie bardziej popularne i, dla Amerykanów, bardziej przystępne cenowo.

Chodźmy dalej. Nagle, gdzieś z pomiędzy wieżowców i biurowców, przy Pięćdziesiątej Ulicy, wyrasta fasada St. Patrick's Cathedral.

 

St. Patrick's Cathedral

St. Patrick's Cathedral

 

Tej katedrze nie da się zrobić ładnego zdjęcia.

Tej katedrze nie da się zrobić ładnego zdjęcia.

 

Warto się tam zatrzymać i rzucić okiem na katedrę, można też do niej wejść. Robi wrażenie, szczególnie z zewnątrz, bo jest dosłownie otoczona przez biurowce. Naprzeciwko znajdziemy Rockefeller Center, do którego też można wejść i się pobujać. Podziemia budynku są ogromne, a wszechobecne marmury dodają miejscu klimatu ekskluzywności. Polecam też walnąć szybką kawę w Starbucksie, bo zaraz ruszamy dalej.

Kolejnym wartym zobaczenia miejscem na Midtown jest Grand Central Terminal. Niby zwykły dworzec kolejowy, a jakoś nie chciało mi się opuszczać jego budynku. Poszliśmy tam późną nocą, kiedy ruch trochę zmalał, i aż przysiedliśmy na chwilę z wrażenia. No na takim dworcu to nawet czekanie na spóźniony pociąg byłoby przyjemne.

 

Grand Central Terminal.

Grand Central Terminal.

 

Jadłbym tam.

Jadłbym tam.

 

I wreszcie, po dobrych kilku milach złażonych po Central Parku i Midtown dochodzimy do punktu kulminacyjnego dzisiejszej wycieczki: Times Square. Absolutnie zwariowane i tętniące życiem 24 godziny na dobę miejsce. To właśnie tu na metr kwadratowy przypada 20 ludzi, hot-dogi chodzą po 5 dolarów, a rozwieszone wszędzie telebimy przyprawiają o zawroty głowy. Times Square jest kwintesencją nowojorskiej hiperturystyki: dookoła sklepy, butiki i restauracje, a przeróżnej maści nagabywacze spróbują wepchnąć ci dosłownie wszystko, jedyne za 5 dolców.

Zresztą, zobaczcie sami.

 

Times Square w dzień.

Times Square w dzień.

 

Times Square w nocy.

Times Square w nocy.

 

TImes Square - widok z Piątej Alei.

TImes Square - widok z Piątej Alei.

 

Jeden z tricków, które stosują, to wepchnięcie ci np. płyty cd. Później leci gadka w stylu: „hej, to mój nowy krążek. Jestem początkującym raperem i chciałbym, żebyś posłuchał mojej muzyki...”—ty zdziwiony hojnością dziękujesz serdecznie i zaczynasz odchodzić, a on dopowiada—”... za pięć dolarów”. Nope, thanks! Jeden stwierdził nawet, że odbył trasę koncertową po Polsce („Polska? Trochę tam zimno, nie?”).

Zwariowane jest to, że za dnia Times Square robi się jeszcze bardziej zwariowane! Ludzi jest jakby dwa razy więcej (40 osób na metr kwadratowy?), a do tego dochodzą remonty i roboty drogowe. Kupienie czegoś w sklepie graniczy z cudem, bo kolejki do kas ciągną się na kilo.. ekhm, na mile. Zwłaszcza w takim kolosie, jak pięciopiętrowe Forever 21. Pięć pięter ciuchów, wyobrażacie to sobie? Z czego tylko pół na męskie ciuchy -_-

 

I znów Times Square.

I znów Times Square.

 

I jeszcze raz.

I jeszcze raz.

 

 

 

———

 

 

 

I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o część pierwszą. Zobaczyliśmy Central Park, Midtown i Times Square, czyli centralną część wyspy. W części drugiej udamy się na południe Manhattanu. Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś, koniecznie polub mój fanpage na Facebooku, żeby niczego nie przegapić.

 

Kto wie, jak nazywa się ten budynek?

Kto wie, jak nazywa się ten budynek?

 

Jak wam podoba się Nowy Jork?