USA 2016 Trip: New York II

Część druga.

Zanim zaczniesz czytać, zwróć uwagę na lead tekstu. Tak, to druga część relacji z Nowego Jorku—szkoda, abyś ominął pierwszą. Kliknij tutaj, aby się do niej przenieść, a po przeczytaniu wracaj szybciutko do mnie.

Gotowy? Świetnie. Odsyłam cię do poprzedniego tekstu, gdyż obie części tej relacji stanowią dla mnie integralną całość. Zaczynając tutaj pozbawiasz się całego mnóstwa świetnych zdjęć, a także wprowadzenia do historii o Nowym Jorku; to tak, jakbyś zaczynał czytać książkę w połowie. Ciężko było mi zmieścić materiały z N.Y.C w jednym wpisie, dlatego zdecydowałem, że wygodniej—i dla mnie, i dla was—będzie podzielić go na dwie części. To tyle tytułem wstępu.

Dzisiejszy tekst to czas wniosków; nie dość, że kończymy z Nowym Jorkiem, to kończymy ze Stanami w ogóle. To ostatnia relacja z mojej podróży po USA; mam nadzieję, że podobały się wam teksty o BostonieFiladelfiiWaszyngtonieNowym Jorku. Jeśli jeszcze ich nie czytaliście, zarezerwujcie sobie trochę czasu w tygodniu. Zimny, deszczowy wieczór będzie idealną okazją na nadrobienie zaległości.

W poprzednim tekście zobaczyliście Central Park i Midtown; dzisiaj, zgodnie z obietnicą, ruszamy na południe Manhattanu.

O, właśnie tam.

 

Lower Manhattan.

Lower Manhattan.

 

Zanim zaczniemy snucie się po zatłoczonej Wall Street, kilka słów o Soho, czyli dzielnicy, w której mieszkaliśmy. To bardzo modna dzielnica Nowego Jorku i zarazem jedna z najwygodniej położonych. Mnóstwo tu małych, ekstrawaganckich butików, kawiarni i klimatycznych barów, a do Chinatown, Little Italy czy Financial District można dojść w piętnaście minut. Prawda jest taka, że nie mieliśmy okazji poznać Soho; w mieszkaniu spędzaliśmy jedynie noce i poranki ponieważ dzień wypełniało nam łażenie po bardziej turystycznych częściach miasta. Mieszkanie wynajęliśmy na spółkę z naszymi znajomymi z Trip Horizons, których kanał na youtube gorąco polecam dodać do subskrybowanych. Trafiliśmy na fajną okazję z Airbnb i chociaż mieszkanko było w standardowym, nowojorskim rozmiarze (jakieś 20 metrów kwadratowych), wygodnie było spędzić tam te kilka nocy.

Szczególnie miło wspominam kolację w Małej Italii. Wybraliśmy się tam we dwójkę i po krótkim spacerze jedną z ulic Little Italy usiedliśmy w jednej z mniejszych, bardziej kameralnych restauracji. Jedzenie było przepyszne, obsługa zadowalająca, a rachunek powalił na kolana, ale niczego nie żałuję. Trzeba kolekcjonować dobre wspomnienia.

Z Soho udamy się do 9/11 Memorial. To absolutnie niezwykłe miejsce. Upamiętniające atak terrorystyczny z 11 września 2001 roku, stanowi cichą oazę wśród zgiełku Dystryktu Finansowego. No, może z tą oazą to trochę przesadziłem, bo turystów tam jak mrówków, ale i tak da się poczuć refleksyjny klimat miejsca. Głównym punktem kompleksu Nine Eleven są dwie sadzawki powstałe w miejscu bliźniaczych wież World Trade Center.

 

9/11 Memorial.

9/11 Memorial.

 

Obok refleksyjnego klimatu można zaobserwować jeszcze jeden fenomen: ludzką głupotę. Memoriał upamiętnia ofiary zamachu terrorystycznego; ich nazwiska można znaleźć wypisane na cokole okalającym sadzawki. Fakt, że pomnik to tak naprawdę nagrobek, nie przeszkadza rzeczy turystów strzelać sobie selfiaczki z kaczym dziubkiem na jego tle. Normalnie żal.pl.

Do kompleksu 9/11 Memorial należy również muzeum poświęcone atakom z 11 września, jednak największą atrakcję zdecydowanie stanowi One World Trade Center. Tak, to właśnie ten budynek.

 

One World Trade Center.

One World Trade Center.

 

Najwyższy drapacz chmur Nowego Jorku. Symbol Ameryki zjednoczonej. Maszynka do zarabiania pieniędzy.

Wejście do obserwatorium One World, znajdującego się na najwyższym piętrze budynku, kosztuje jakieś 40 dolarów, czyli 160 zł. Dużo? Na nasze, polskie warunki: dużo. Wyobraźcie sobie, że wejście do Pałacu Kultury kosztuje prawie dwie stówki. No bez przesady. Później jednak zdałem sobie sprawę, że obserwatorium oferuje coś unikalnego: widok na Manhattan z prawie lotniczego punktu widzenia (wieża liczy sobie ponad pół kilometra wysokości); właściciele przybytku mogą więc krzyczeć taką cenę za bilety, jaka im się podoba. I chociaż wejście kosztowałoby mnie tyle, ile para dobrych butów uznałem, że warto tam iść. No cholera, jak na razie nieczęsto bywam w Nowym Jorku.

Nie udało się. Dlaczego? Historia jest długa, zawiła i pełna zwrotów akcji, ale nie ma co tego roztrząsać. Czy żałuję? Trochę tak, ale wiem, że do Nowego Jorku wrócę na pewno. Uda się następnym razem.

 

9/11 Memorial.

9/11 Memorial.

 

Z 9/11 Memorial kierujemy się w dół wyspy, do Financial District i na Wall Street. To tutaj znajduje się New York Stock Exchange, najbardziej wpływowa giełda papierów wartościowych na świecie. To tutaj rzesze młodych bankierów cykają sobie selfie na tle budynku giełdy, by potem przyprawić zdjęcie inspirującym cytatem i wrzucić na Instagram. To tutaj po raz pierwszy zdasz sobie sprawę ze znaczenia słowa «przereklamowane».

 

Wall Street.

Wall Street.

 

Wall Street.

Wall Street.

 

Moją pierwszą reakcją po dotarciu na Wall Street było: „to już? Jesteśmy na miejscu?”. Z drugiej strony, czego można spodziewać się po... no właśnie, po ulicy. Długo się nie zastanawiając, ruszyliśmy dalej. Ty też powinieneś tak zrobić.

Kiedy wyobrażałem sobie Financial District, przed oczyma miałem sceny z serialu Suits: pełno facetów w garniakach, podjeżdżających wypasionymi limuzynami pod swój biurowiec. W rzeczywistości udało mi się zauważyć dosłownie jednego gościa w garniturze, cieszącego się krótką przerwą na bajgla. JEDNEGO. Nawet roweru nie miał.

Większość ludzi kręcących się po tej dzielnicy to turyści.

 

Okolice Broadway Street.

Okolice Broadway Street.

 

Mimo wszystko, Financial District robi wrażenie: ulice są szerokie, dosłownie zalane mrowiem żółtych taksówek, a budynki wysokie i szklane. To chyba też jedna z najczystszych dzielnic Nowego Jorku. Pamiętam, że podczas drugiego pobytu w Nowym Jorku poszliśmy tam w niedzielę: dzielnica wydawała się opuszczona. Ulicą od czasu do czasu przejechał jakiś samochód, a na deptakach ciężko było spotkać żywą duszę. Założę się, że w tym samym czasie Times Square musiało pękać w szwach.

Poruszając się na południe miniesz Financial District i trafisz do Battery Park. To te kilka zielonych drzewek, tam w oddali.

 

Okolice Battery Park.

Okolice Battery Park.

 

Teraz znajdujemy się na południowym krańcu Manhattanu. Przed tobą niebieskie wody zatoki Upper Bay, a w oddali majaczy Statua Wolności. Tam popłyniemy.

Chcąc zobaczyć jeden z symboli Nowego Jorku, masz do wyboru dwie opcje. Pierwszą z nich jest skorzystanie ze statku, który zabierze cię w rejs dookoła wyspy, na której znajduje się Statua. Rejs kosztuje jakieś 25 dolarów i oferuje pierwszorzędne widoki. Druga opcja jest darmowa i korzysta z niej (a jakże) większość turystów. To rejs statkiem pasażerskim do Staten Island, czyli jednej z dzielnic Nowego Jorku. Widoki na Statuę może nie są powalające, ale statek przepływa na tyle blisko, że można zrobić dobre zdjęcie.

Na przykład takie jak te.

 

The City of New York.

The City of New York.

 

Statue of Liberty.

Statue of Liberty.

 

Ja, z racji ograniczonych funduszy, a także dobrych rad znajomych, wybrałem opcję numer dwa. Największą atrakcją był rejs powrotny i widok na wieżowce dolnego Manhattanu. To chyba jeden z najsłynniejszych widoków, taki rodem z pocztówek: przekrój wieżowców, z wyróżniającym się czubkiem One World Trade Center.

Zresztą, co ja się będę produkował. Zobaczcie sami.

 

Czyli na nasze Statuja Wolności.

Czyli na nasze Statuja Wolności.

 

Wracamy na Manhattan.

Nie wiem, jak wy, ale ja odwiedzając nowe miasto lubię sobie po nim pochodzić. Wyjść z mieszkania/hotelu bez konkretnego celu, obrać jakiś kierunek i po prostu iść. Dlatego lepiej wspominam drugi pobyt w Nowym Jorku, kiedy mieliśmy już zaliczone wszystkie atrakcje i z czystym sumieniem mogliśmy się poszwendać.

I trafić podczas tego szwendania na takie rzeczy.

 

Battery Park.

Battery Park.

 

Okolice Financial District.

Okolice Financial District.

 

Pamiętam, że spacer po dzielnicy finansowej w Nowym Jorku był jednym z najprzyjemniejszych podczas całego pobytu w Stanach. Łaziliśmy sobie, zachodziliśmy po drodze do Starbucksa na kawę i nie przejmowaliśmy się czasem.

Próbowaliście tego kiedyś? Takiego zwiedzania «na luzie»? Z jednej strony, będąc w nowym miejscu warto wycisnąć z niego tyle, ile się da. Osobiście nie jestem zwolennikiem turystycznego hardkoru i łażenia w dosłownie każde miejsce, jakie poleca przewodnik, ale lubię poczuć, że dobrze wykorzystałem czas. Natomiast w każdym odwiedzanym przeze mnie mieście rezerwowałem sobie trochę czasu na zwykłe szwendanie.

Zaskakująco, podczas takiego szwendania widzi się najwięcej.

 

Stara, brzydka kamienica.

Stara, brzydka kamienica.

 

Okolice Broadway Street.

Okolice Broadway Street.

 

Świetnym miejscem do odpoczęcia od zgiełku ulic Nowego Jorku będzie wyprawa na Coney Island. Piszę «wyprawa», bo dojazd z Manhattanu na Coney zajmuje godzinę czasu, więc warto wziąć to pod uwagę.

Coney Island to znajdująca się na południu Brooklynu... plaża. Oprócz plaży mamy także promenadę i znajdujące się przy niej budki z lodami i jedzeniem, a całości obrazu dopełnia wesołe miasteczko. Nie byle jakie, bo jedno z pierwszych na świecie, a także jedno z najbardziej znanych. Cóż... Ja mogę powiedzieć, że najlepsze lata ma już zdecydowanie za sobą. Lunapark jest mały i posiada tylko kilka atrakcji. Zdecydowanie bardziej warto znaleźć budkę oferującą przepyszne krewetki w cienkim cieście z sosem czosnkowym. Bożu święty! Jak przypomnę sobie te krewetki...

 

Coney Island.

Coney Island.

 

Zdecydowanie bardziej polecam wybrać się na Coney Island popołudniu, zakładając, że będziecie w Nowym Jorku w lecie. My byliśmy tam przed 12 i upał był nieziemski. Długo się nie zastanawiając, zdecydowaliśmy się wrócić do miasta i znaleźć przyjemnie chłodnego Starbucksa z mrożoną latte.

A wiecie, gdzie warto wybrać się rankiem? O, tutaj.

 

Brooklyn Bridge.

Brooklyn Bridge.

 

Tak, tak. Brooklyn Bridge. Jeden z najsłynniejszych mostów na świecie. A już na pewno jeden z najchętniej fotografowanych.

Zdjęcia pochodzą z naszego drugiego razu z mostem brooklińskim. Wstaliśmy o 5 rano, żeby zobaczyć wschód słońca, ale nie wzięliśmy pod uwagę czasu jaki zajmie nam dojazd; spóźniliśmy się dosłownie trzydzieści minut. Jeszcze nie do końca obudzeni usiedliśmy na chwilę na ławeczce w parku obok mostu i zapatrzyliśmy się na ten widok. „Tak” pomyśleliśmy. „Warto było”.

 

Brooklyn Bridge, 6:30 A.M.

Brooklyn Bridge, 6:30 A.M.

 

Manhattan Bridge. Ten brzydszy most Nowego Jorku.

Manhattan Bridge. Ten brzydszy most Nowego Jorku.

 

Zaskakujące jest to, że mimo tak wczesnej pory i faktu, że była niedziela, spotkaliśmy sporo osób. Jasne, zdaję sobie sprawę, że ciężko byłoby trafić na moment, w którym bylibyśmy tylko my i Brooklyn Bridge; most jest jedną z głównych atrakcji Nowego Jorku. Ale ludzi było naprawdę dużo: biegaczy, rowerzystów, czy spacerujących, tak jak my.

Podobno Nowy Jork nigdy nie śpi. Zdaje się, że to prawda.

 

Brooklyn Bridge, widok na Midtown Manhattan.

Brooklyn Bridge, widok na Midtown Manhattan.

 

Back to Manhattan jungle.

Back to Manhattan jungle.

 

I to byłoby na tyle. Pozostaje przejście mostem by wrócić na Manhattan i... no właśnie: co robić? Czy to już wszystko, co do zaoferowania ma Nowy Jork? Odpowiem najszczerzej, jak potrafię: to nie był nawet ułamek.

Wspomniałem wcześniej, że nie lubię hardkorowego zwiedzania, a zarazem lubię poczuć, że dobrze wykorzystałem czas. I wiecie co? Za każdym razem, kiedy opuszczaliśmy którekolwiek z odwiedzanych miast, czułem niedosyt. Czułem, że do zrobienia/zobaczenia jest jeszcze tak wiele, a ja muszę już wyjeżdżać.

 

 

 

———

 

 

 

To uczucie towarzyszyło mi także podczas wsiadania na pokład samolotu do Polski. Zostawiając Nowy Jork w tyle biłem się z myślami i ciągle zastanawiałem, czy dobrze wykorzystałem ten czas. A może dało się zobaczyć więcej, tylko po prostu mi się nie chciało?

Teraz wiem, że takie myślenie nie ma sensu. Nie da się tak naprawdę poznać miasta nie mieszkając w nim na stałe. A już z pewnością nie da się tego zrobić z Nowym Jorkiem. W tydzień, lub nawet dwa, można co najwyżej posmakować jego klimatu, postarać się poczuć atmosferę i na moment zanurzyć w jego specyfice. Będzie to tylko chwilowe, a po wyjeździe pozostanie kwaśny niedosyt, bo przecież pozostaje tyle do odkrycia. Jednak czy to koniecznie taka zła rzecz?

Jeśli ktoś zaoferowałby mi pracę w Stanach i pozwolił wybrać miasto, w którym miałbym zamieszkać, spośród dotychczas odwiedzonych, nie zastanawiałbym się ani sekundę: wybrałbym Nowy Jork. To miasto jest absolutnie wyjątkowe, i choć w moim przypadku zderzenie legend i oczekiwań z rzeczywistością zwykle kończy się bolesnym rozczarowaniem, to z Nowym Jorkiem było zupełnie inaczej. Nowy Jork mnie zachwycił.

Nie jest magiczny. Nie jest pozbawiony wad. Są miasta, w których życie jest wygodniejsze, bardziej opłacalne finansowo. Ale dopiero będąc w Nowym Jorku czujesz, że właśnie tu powinieneś być. Czujesz, że jesteś w centrum wydarzeń, choć przecież omija cię tak wiele. Czujesz, że możesz wszystko, i od razu chcesz zabrać się do roboty. Czujesz się częścią czegoś znacznie większego. Nigdzie nie poczułem się tak, jak w Nowym Jorku.

Ludzie mówią, że Nowy Jork to już nie Stany Zjednoczone. Mówią, że Nowy Jork to po prostu Nowy Jork. Dla mnie jest on kwintesencją Ameryki: jest różnorodny, niedoskonały, piękny, pełen wad i niesamowicie inspirujący. Cieszę się, że choć na chwilę mogłem poczuć jego klimat i wiem, że jeszcze kiedyś tam pojadę.

So see you again, New York.