Zawsze robimy to, na co ty masz ochotę!

Kobiety nie chcą, nie potrafią bądź też boją się podejmować decyzje.

Nie wszystkie decyzje, i nie wszystkie kobiety, rzecz jasna, lecz jeśli chodzi o dokonywanie wyborów wspólnie—tzn., jako chłopak i dziewczyna / mąż i żona—to niestety, Drogie Panie, ale jesteście w tym beznadziejne. No! Cieszę się, że mamy to ustalone.

Ja rozumiem, że podejmowanie decyzji nie jest proste. Naprawdę, sam mam wielki problem jeśli chodzi o kupno butów albo ciuchu. Łażę po wszystkich sklepach, oglądam, przymierzam a później i tak ciężko mi jest się na coś zdecydować. Ale w tym szaleństwie jest metoda: najpierw orientuję się, jakie są opcje, później dokonuję selekcji wybierając rzeczy najbardziej odpowiadające moim oczekiwaniom, by na końcu zdecydować się na tą, która jest najbliższa ideałowi. Prosty, logiczny schemat ułatwiający cały proces decyzyjny. Nie o kupowaniu jednak będzie, a o tym, co się dzieje, kiedy pada pytanie

 

CO ROBIMY?

 

Kiedy zbliża się weekend, wolny wieczór lub po prostu jesteście na mieście, jest wcześnie, a wy nie chcecie wracać do domu. Ostatnia sytuacja zwykle nie zdarza się zbyt często, ale jak was dopadnie—mówię do was, Panowie—biada wam. Nie ma opcji, żeby ten wieczór skończył się dla Was dobrze.

Na przykład tydzień temu wybrałem się z dziewczynę do kina. Nieczęsto tam chodzimy, bo nie cierpię oglądać filmów w kinie: zawsze staram się wybrać coś wartego uwagi, i kiedy chcę skupić się na fabule okazuje się, że ląduję obok faceta, który pierwszy raz w życiu widzi na oczy popcorn i nachosy. Ewentualnie jakaś cizia z boku prowadzi superważną konferencję na messengerze. Od czasu do czasu jednak przemogę się i pójdę. A co tam, niech stracę.

Film był całkiem niezły, w dodatku sala świeciła pustkami więc było cicho i przyjemnie. Zadowoleni wyszliśmy z budynku i, kurcze, na zegarku dopiero dwudziesta druga. Godzina młoda, a w dodatku jeszcze piątek. Nie jest zimno ani nie pada. Aż szkoda byłoby zmarnować taką okazję. Zwracam się więc do dziewczyny: co chcesz robić? Odpowiedź ta sama, co zwykle:

 

NIE WIEM. A NA CO MASZ OCHOTĘ?

 

Piwo. To pierwsze, co przychodzi mi do głowy. Jak mawia staropolskie przysłowie: „czasami jedynym słusznym wyjściem z sytuacji, jest wyjście na piwo”, a więc przedkładam tą propozycję i obserwuję, jak twarz wykrzywia jej się w grymasie odrazy. -Coo?? Piwoo?? Przecież wiesz, że nie mogę pić piwa jak trenuję. Nie, piwo odpada. Przygotowany na taką ewentualność nie poddaję się i proponuję dalej.

Jeśli nie piwo, to może wino albo drink? „Nie samym piwem człowiek żyje”, cytując klasyka. Ewentualnie ja napiję się piwa, a ona przecież może sobie wziąć coś innego. -Nieee. Jakoś nie mam dzisiaj ochoty na alkohol.. Wymyśl coś innego.

Cholera. Naprawdę napiłbym się tego piwa. Ale zaraz! Przecież piwa nie leją tylko w barach czy pubach. Można wyskoczyć do jakiejś restauracyjki i tam, jako że do posiłku zwykło się spożywać jakieś płyny, zamówię sobie kufelek i po problemie. I wilk syty i owca cała. A i fotkę na insta można wrzucić... -Boże, człowieku! Czy ty wiesz, która jest godzina!? Nie będę nic jadła o 22! Ta. Chcę usłyszeć to samo, kiedy wrócimy już do domu.

Alkohole—odpadają. Jedzonko też. Hmm... Co innego można robić na mieście po dwudziestej drugiej? A no można wybrać się do klubu. A co można dostać w klubie przy barze? Nie, nie w ryja. Zaczyna się na „p”, a kończy na „iwo”. -Dżiiiizas, ty tak na poważnie!? No, przypatrz się. Przypatrz. Czy do klubu wychodzi się w swetrze? I w takim makeup'ie? No pomyśl trochę! Sugeruję spokojnie, że sweter można przecież zostawić w szatni. Ewentualnie, jeśli wg niej wyjście do klubu to faktycznie dobry pomysł, to możemy wrócić się do mieszkania żeby mogła się odpowiednio przygotować. Daleko nie mamy. -I co, będziemy tak jeździć w kółko? Poza tym, pójdziemy sami?

Tracąc ochotę na cokolwiek, poddaję się. Zrezygnowany mówię, że jeśli nic jej nie odpowiada, to możemy wrócić do mieszkania. Dzisiaj odpuścimy, a jutro na nowo podejmiemy to wyzwanie. W odpowiedzi słyszę przeciągłe ehhh. Co znowu? -Bo my nigdy nic nie robimy.

 

JESTEŚ FACETEM. TY DECYDUJ.

 

Sytuacje, kiedy na zaplanowanie czegoś tudzież zdecydowanie się na coś macie więcej czasu, są jeszcze gorsze. No więc siedzicie sobie i myślicie, co by tu robić w sobotę. Albo w niedzielę. Jako facet, starasz się podjąć decyzję logicznie, więc zaczynasz od zorientowania się, jakie macie opcje. Wybieracie wspólnie kilka i przedyskutowujecie wszystkie za i przeciw. W geście hojności ofiarowujesz jej możliwość podjęcia ostatecznej decyzji i oddajesz swój głos. Ty wybierałeś tydzień temu.

I co, myślisz że tak łatwo pójdzie? Niedoczekanie twoje! Paradoksalnie, twój dobroduszny gest zostanie odebrany jako zwykłe zrzucenie odpowiedzialności i jeżeli nie oberwie ci się „a dlaczego to ja mam decydować!?”, to w najlepszym przypadku spotka cię „nie wiem”. I wracamy do punktu wyjścia: jesteś facetem. Ty decyduj. Zabawne, że to właśnie tych słów używają.

Co robisz? Decydujesz. Przecież tego chciała. Jak podejmujesz decyzję? Jeśli ona nie potrafi wybrać oznacza to, że wszystkie dostępne opcje przedstawiają dla niej równą wartość. Nie ma lepszej i gorszej, decydujesz się więc na tą, która tobie odpowiada najbardziej. Proste. Przyjmijmy zatem, że jest niedziela, na zewnątrz jest słonecznie i w miarę ciepło więc postanawiasz, że pójdziecie na spacer. Gwoli wyjaśnienia, na cokolwiek byś się nie zdecydował, i tak będzie źle. Ale o tym za chwilę.

Spacerujecie sobie więc, słoneczko świeci, ptaszki ćwierkają. Na chodniku nie ma nawet tak dużo psich kup. Próbujesz zagaić jakiś temat, jednak rozmowa wyraźnie się nie klei. Coś jest nie tak. Męczysz ją więc i ciągniesz za język, próbujesz dowiedzieć się, o co chodzi. Chcesz nacieszyć się dniem wolnym od pracy, odetchnąć świeżym powietrzem. Chcesz jednak dzielić tą radość ze swoją partnerką. Zależy ci na jej dobrym samopoczuciu. W końcu, po pół godziny kręcenia, zbywania tematu lub próby jego zmiany, ona mówi sakramentalne:

 

BO ZAWSZE ROBIMY TO, NA CO TY MASZ OCHOTĘ

 

I co z tego, że pytałeś. I co z tego, że przecież mówiłeś, że możecie robić to, na co ona ma ochotę. I wspólnie zastanawialiście się, i układaliście listę, i powiedziałeś przecież, żeby to ona zdecydowała. Nie chciała tego robić i wolała, żebyś ty zrobił to za nią. I zrobiłeś to, podjąłeś decyzję. Złą decyzję. Samolubną decyzję.

Kiedy uchodzi z ciebie para, już opanowany pytasz grzecznie, czy zamiast spaceru wolałaby zrobić coś innego. Odpowiada, że chciałaby odwiedzić przyjaciółkę. Mówisz, że zrobisz to z przyjemnością, a na jej twarzy wykwita blady rumieniec zadowolenia. Pytasz, czy nie prościej byłoby powiedzieć o tym od razu. Nie chciałam się narzucać...

 

 

 

 

 

 

I jak tu Was, Drogie Panie, nie kochać?