Życie na kampie

Piątek, Świątek, Niedziela, Śniedziela—bez znaczenia. Zobacz jak wygląda mój dzień na kampie. Każdy dzień.

 

Rutyna. Wdziera się do życia niczym płatny zabójca do mieszkania ofiary i bezlitośnie eliminuje najdrobniejsze namiastki przyjemności. Rzecz nie w tym, że życie to pozbawione jest przyjemności w ogóle; problem stanowi świadomość nieuniknionego, która nieubłaganie przerywa te krótkie chwile relaksu, z zacięciem przypominając: zaraz trzeba będzie ruszyć dupę i zacząć zmywać gary.

Czwarty tydzień na kampie mija właśnie dzisiaj. Jeszcze kilka dni i wybije półmetek mojego paktu z diabłem. Jakoś nie czuję tego czasu. Nie mam wrażenia, że spędziłem tu sto lat; nie wydaje mi się również, aby te cztery tygodnie szybko zleciały. Myślę, że po prostu przyzwyczaiłem się już do tego życia i stało się ono moją codziennością. Znaczenie może mieć też fakt, iż przez te cztery tygodnie mieliśmy—uwaga!—dwa dni wolnego. Tak. D-W-A. Dzisiaj wypada trzeci. I wszystko to zgodnie z podpisaną umową.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie jest tak, że stoi nad nami wielki murzyn (ups! Czy ja naprawdę użyłem tego słowa?) z długim batem (…) i wymachuje nim złowrogo krzycząc: fasta', fasta'!. Pracuje się dobrze. Dostajemy papu i jest gdzie położyć głowę. Może i luksusów nie ma, ale da się przyzwyczaić. Powiedzieli nawet, że nam zapłacą. Nikt nie wie jednak ile. Ani w jakiej walucie.

A tak całkiem serio, to dobrze wiedzieliśmy, w co się pakujemy. Zresztą, decydując się na udział w takim programie nie jedziesz z myślą o podpisaniu super kontraktu i zarobieniu kupy pieniędzy. Jedzie się dla samego doświadczenia. Praca, jaka by nie była, to tylko przykra (a może i nie) konieczność; trzeba odbębnić swoje, postarać się przy tym nie wylecieć, a później wykorzystać czas na zobaczenie/zwiedzenie/doświadczenie (skreślić niepotrzebne) Stanów Zjednoczonych. Możecie nazwać mnie wieśniakiem, ale dla mnie wyprawa po U.S.A to już coś. I jeśli ja, dwudziesto-iks letni student polskiego uniwersytetu widzę przed sobą szansę na taki wyjazd, nie zastanawiam się długo: biorę to! No i wziąłem.

Aha! Ostatni akapit wstępu do dobry moment na mały disclaimer, czyli wytłumaczenie: to, że mój dzień na kampie wygląda tak a nie inaczej nie oznacza, że tak samo będzie wyglądał na wszystkich innych kampach. Wręcz przeciwnie: kampy są różne, o odmiennych politykach, zasadach i zwyczajach. Nie sugeruj się więc moim tekstem jako wyznacznikiem tego, czy warto wziąć udział w w takim programie. Już teraz mogę ci powiedzieć, że warto. Nie bierz też proszę tego tekstu na zbyt poważnie; to, że ja płaczę jak mała dziewczynka bo znowu mam zmywać naczynia nie znaczy, że ty będziesz.

Uff! Część oficjalną mamy już za sobą, możemy więc zaczynać.

 

DAY ON CAMP

 

Dzień podzielony mamy na trzy «zmiany»: od 7.00 do 10.30 (breakfast), od 12.00 do 14.30 (lunch), oraz od 17.00 do 20.00 (dinner), przy czym godzina, o której kończymy pracę jest kwestią tego, czy wyrobimy się z wszystkimi obowiązkami; czasami kończymy o 11.00, 15.00 itd. Niby nie jest źle, niby nie trzeba wstawać aż tak wcześnie (ja zazwyczaj budzę się na 15 minut przed rozpoczęciem pracy), mamy kilka przerw i w ogóle, ale w rzeczywistości wydaje się, jakbyśmy pracowali od 7.00 do 20.00; już spieszę z wyjaśnieniami.

Wstawanie o 6.45, mimo że normalnie to dla mnie środek nocy, nie byłoby takie złe, o ile nie spałbym w jednym pokoju z dwunastoma innymi facetami. Uwierzcie mi: nie jest łatwo zasnąć w takim pomieszczeniu. Skrzypiące prycze, chrapanie, konkursy na najgłośniejsze pierdnięcie—to nasz chleb powszedni. Zaopatrzyłem się nawet w stopery do uszu, ale niewiele dają; niektóre z pierdnięć są naprawdę głośne. Zasypiam więc w okolicach godziny 1.00. Pierwsza pobudka jest o 4.00, kiedy do pracy idą chłopaki z porannej zmiany. Później dosypiam do 6.45, budząc się mniej więcej co pół godziny (głośne prycze, pierdnięcia itd.), otwieram oczy, dokonuję porannych ablucji, i rozhuśtanym krokiem zombie schodzę na dół. Tak, na dół—nie wspomniałem o tym, że nasz pokój znajduje się tuż nad kuchnią?

 

BREAKFAST SHIFT

 

Pierwsza «zmiana» jest w zasadzie najbardziej męcząca. Zwykle pracujemy do 11.00, z półgodzinną przerwą na śniadanie. To na tej zmianie przygotowujemy posiłki na lunch i dinner (śniadanie przygotowują chłopaki z porannej zmiany), a to oznacza 1233515 kg mięsa i warzyw do pokrojenia, 5341124 kg makaronu, ryżu lub ziemniaków do ugotowania oraz 6278452 kg nuggetsów i frytek do usmażenia. Ilości jedzenia, jakie musimy przygotować są ogromne—do wykarmienia mamy przecież 500 głodnych, rozkrzyczanych gęb. Co gotujemy i w jaki sposób? Myślę, że tą kwestię zostawię sobie na osobny tekst, bo to fenomen zasługujący na więcej niż jeden akapit. Amerykańska kuchnia, mimo że miałem wobec niej pewne podejrzenia, zaskoczyła mnie niczym zima drogowców. Jeśli miałbym skrócić swoje spostrzeżenia do trzech słów, rzekłbym: olej, olej, i jeszcze raz olej. Ale o tym dowiecie się nieco później; stay tuned!

«Śniadaniową» zmianę kończymy sprzątaniem całej kuchni, i trochę tego sprzątania jest. Do umycia są stoły, wózki na kółkach, maszyny, z których korzystaliśmy (piekarniki wielkości dużej szafy na ubrania, wielki bojler do gotowania makaronu/ryżu/ziemniaków, płyta do smażenia), podłoga, oraz zlew i suszarka na naczynia—wszystko to oczywiście w american size. Chłopaków do pracy jest kilku (dokładniej to dziesięciu), ale i tak sprzątanie pomieszczenia o powierzchni 20 metrów kwadratowych zajmuje nam jakąś godzinę.

Jak dobrze pójdzie, to z kuchni wychodzimy o 10.30; zwykle jednak jest to 11.00, a więc do następnej zmiany zostaje godzina. Co można robić na kampie przez godzinę? Najczęściej wybieram drzemkę (dosypiam nieprzespaną noc) na łonie natury.

 

LUNCH SHIFT

 

Tą zmianę zaczynamy o 12.00 i zwykle pracujemy do 14.30. Podczas «obiadowej» zmiany smażymy wszystko, co jeszcze nie zostało usmażone, a ma zostać podane na lunch, lub przygotowujemy rzeczy na dinner. Później przerwa na obiad, a po obiedzie pomaganie dziewczynom w serwowaniu posiłków i sprzątanie całej kuchni. Ogólny podział obowiązków wygląda następująco: my, czyli chłopaki, przygotowujemy jedzenie, a one, czyli dziewczyny, je później serwują.

Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał, że na każdą ze zmian przypada rozpiska dyżuru na zmywaku; dwóch chłopaków, podczas całej swojej zmiany myje naczynia. Wyobrażacie to sobie? CZTERY godziny mycia naczyń? Albo dwie i pół? We wcześniejszym tekście wspomniałem, że na zmywaku jest przejebane i to by się zgadzało, bo wtedy nie było jeszcze dzieci. Teraz, kiedy bachory przyjechały, jest przepierdolone. Na szczęście dyżur wypada trzy lub cztery razy w tygodniu. Da się przeżyć, chociaż nie mogę powiedzieć tego samego o moich ciuchach i butach.

 

DINNER SHIFT

 

Ah, jak cudownie! Dwie i pół godzinki przerwy to już coś. Punkt 17.00 wracamy więc rześcy i wypoczęci do pracy. Dinner shift to już tylko przygotowywanie posiłku do «zaserwowania» oraz sprzątanie.

Razem z gigantycznymi ilościami przygotowywanego jedzenia w parze idą gigantyczne ilości odpadków. Naprawdę dużo tego idzie do kosza. Nienawidzę marnotrawstwa i zgodnie z zasadą „waste nothing” staram się ograniczyć wyrzucanie jedzenia do absolutnego minimum, jednak tutaj wyrzucamy prawdopodobnie 1/4 wcześniej przygotowanego jedzenia. Część dań, które trafiają do nas z powrotem ze stołów zatrzymujemy do odgrzania, jednak nic smacznego z tego nie wychodzi, więc tak czy siak taka potrawa w końcu trafi do kosza.

Kolejną ciekawostką jest fakt, że do mycia zlewu, stalowym stołów i czasem podłogi używamy... wybielacza. Śmierdzi to to nieziemsko, wypala czerwone plamy na ciuchach, ale szefowa kuchni uwielbia, kiedy po posprzątaniu kuchnia pachnie «bleachem». Bleach please!

Dinner shift najpóźniej kończymy o 20.00. Wolności, błoga wolności! Szybkie sprawdzenie maila na kompach, później ping-pong/siłownia/tenis ziemny (wielki powrót do gry po roku przerwy—dziękuję mojej sparing-partnerce za namówienie mnie do tego!) lub pisanie «czegoś» na blog, wieczorne ablucje, a potem już lulu w akompaniamencie bąków i chrapania.

 

 

 

———

 

 

 

Wiem, że obiecywałem częstsze publikacje, ale rutyna w połączeniu z wiecznym niedospaniem trochę mnie złamała. W pracy nie jest tak źle—da się przeżyć—chociaż czasem godziny się dłużą a przerwy mijają zbyt szybko. Do tego dochodzi fakt, że ciężko jest mi schować się gdzieś z laptopem na tyle, by mieć choć trochę komfortu przy pisaniu. Przepraszam Was za to.

Jednocześnie obiecuję się poprawić i chociaż raz w tygodnu przygotować coś świeżego. Nie będzie łatwo, bo nie za wiele się dzieje, ale poszukam czegoś, co mogłoby was zainteresować. A może Wy macie jakieś pytanie lub pomysły? Walcie śmiało w komentarzach, na pewno się im przyjrzę.

Tymczasem do usłyszenia. Wpadajcie tu od czasu do czasu, dajcie znać na fejsie, że jesteście. Już prawie zacząłem za Wami tęsknić.