Życie za 4 koła miesięcznie

Jak nisko upadłeś ty?

Jak dla mnie spotkania klasowe, zjazdy absolwenckie i tym podobne jubileusze to świetna rzecz. Koniec końców, spotykasz się z ludźmi, z którymi kiedyś widywałeś się praktycznie codziennie, i jeśli ci ludzie w jakiś sposób byli częścią twojej codzienności, to taki zjazd „po latach” może być ciekawy. Może też być nieciekawie i okazać się, że niektórzy z nich mentalnie pozostali na poziomie liceum/gimnazjum/podstawówki, ale z takiego spotkania też można coś wynieść: jeśli nie satysfakcję, że jest się odrobinę „wyżej” na intelektualnej drabinie, to chociaż szklankę z restauracji w której siedzicie.

Na jednym z takich spotkań, co prawda mniej kameralnych, zjawił się Tomek. Dobrze go pamiętam z czasów liceum: świetnie radził sobie w szkole, był najlepszym uczniem w klasie i jednym z najlepszych w całym ogólniaku. Był jak Mike Ross z Suits: raz przeczytane notatki tkwiły w jego pamięci jeszcze długi czas, podczas gdy reszta z nas zapominała, czego się uczyła, tuż po napisaniu sprawdzianu. Tomasz za cel obrał sobie studia prawnicze a ja, jak kumpel kumplowi, bardzo mu w tym kibicowałem. Tomek był inteligentny, oczytany, a do tego przebojowy: idealny materiał na adwokata (przynajmniej w mojej spaczonej amerykańską kinematografią wizji).

 

SŁOWNIE: CZTERY TYSIĄCE ZŁOTYCH

 

Nie mam pojęcia co stało się z Tomkiem, ale widząc go po raz pierwszy od dwóch lat miałem wrażenie, że to nie ten sam człowiek. Z dawnych zalet pozostała tylko przebojowość; inteligencję zastąpiła arogancja i pyszałkowatość. Praktycznie śmiał się z kierunku studiów, czy też planu na życie, jaki obrali sobie inni. Szydził z pedagogów, socjologów, czy też filologów, twierdząc, że jedynie prawo lub medycyna to dobry wybór. Na mój zarzut, że prawo to lata kucia przepisów po nocach, niekończące się egzaminy a później jeszcze dłużąca się aplikacja, odpowiedział: „A po co komu aplikacja? Jak skończę studia to od razu mnie gdzieś wezmą! Dostanę 4 koła miesięcznie i wszystko mam w dupie! Jestem ustawiony”.

Wow, pomyślałem. 4 koła miesięcznie? Serio? To twój cel? Już wtedy wiedziałem, że nie mam o czym z nim rozmawiać.

 

GIMME MONEY

 

Po pierwsze: obranie sobie za cel życiowy kwoty netto miesięcznie, to marny wybór; wybieranie kierunku studiów pod kątem tylko i wyłącznie zarobków, to marny wybór; studiowanie czegoś przez kilka dobrych lat naszego życia, bo «będzie z tego dobra kasa», to również marny wybór. Dlaczego? A skąd niby, durniu jeden z drugim możesz wiedzieć, że zawód, który obecnie na rynku jest bardzo pożądany, za 5 lat nadal taki będzie? Skąd możesz wiedzieć, czy w przeciągu pięciu lat profesja, w której teraz tak namiętnie się szkolisz, stanie się zupełnie zbędna? Bo dwóch Koreańczyków wymyśli robota, który wykona twoją pracę sto razy szybciej I efektywniej?

OK, przyznaję: przykład jest abstrakcyjny. Chodzi mi jednak o to, że skazywanie się na kilka lat uczenia się o czymś, co jest kompletnie nieinteresujące, tudzież po prostu trudne i zatruwa nam życie jest głupie. Druga sprawa: OK, załóżmy, że skończyłeś studia. Były dla ciebie mordęgą i pozbawiły większości włosów na głowie, ale to już za tobą i teraz zaczynasz szukać pracy. Rozsyłasz wszędzie swoje CV, wertujesz ogłoszenia na olxie i wreszcie bang! Jest robota! Kasa sypie się z nieba jak śnieg w Wielkanocny poranek, 4 «kółka» lecą na konto każdego miesiąca, a ty jesteś ustawiony. I co? Ano powiem ci co: przez pięć lat studiowałeś kierunek, którego sama nazwa do dzisiaj przyprawia cię o konwulsyjne drgawki. Męczyłeś się z każdym egzaminem i pracą/projektem, odpuszczałeś imprezy i wyjścia ze znajomymi, żeby zaliczyć sesję. Wyklinałeś wykładowców, promotora, panie z dziekanatu i samego siebie, tylko po to, żeby teraz wylądować w pracy, której nienawidzisz. Pracy, która wydaje ci się bezsensowna i nie daje satysfakcji. W imię czego? W imię czterech pieprzonych «kółek» miesięcznie?

 

KWESTIA PRIORYTETÓW

 

To, jaki kierunek studiów wybrać, to temat na osobny tekst. Zajmijmy się kwestią priorytetów. Wydaje mi się, a nawet jestem przekonany, że zarabianie pieniędzy jako cel sam w sobie, to nie jest dobry wybór. Odrzucając na bok sprawy natury czysto etycznej, jak to, że zdrowie i szczęście są ważniejsze, spójrzmy na to od strony motywacji i pobudek. Wszyscy chyba zgodzą się, że to najlepsi w swoim fachu zgarniają największe pieniądze: najlepsi sportowcy, aktorzy i, powiedzmy, prezenterzy pogody. A czy są najlepsi, bo chcą zarabiać najwięcej? Nie; pieniądze to tylko skutek uboczny ich pasji. Ich motywacją jest chęć bycia najlepszym w swojej dziedzinie. Przesuwają granice coraz dalej, łamią konwencje, dążą do perfekcji i właśnie dlatego są nagradzani (m.in. pieniędzmi). A większość i tak pomyśli «kurcze, chciałbym zarabiać tyle, co on/ona»...

Kolejna kwestia: dobra, na potrzeby przykładu załóżmy, że chcesz być bogaty. Chcesz zarabiać kupę szmalu, bo wychowywałeś się w biedzie, wszyscy cię wyśmiewali i chcesz im pokazać, że ty też potrafisz. Pytanie nr jeden: jak zdefiniować bycie bogatym? Dziesięć tysięcy złotych miesięcznie? Sto? Czy może milion? Pytanie nr 2: co zrobisz, jak już będziesz bogaty? Kiedy już twój cel zostanie osiągnięty? Będziesz chciał być... jeszcze bogatszy? I znowu wracamy do pytania pierwszego...

I nie dość, że po drodze stracisz pewnie rodzinę, żonę, dzieci i psa, to i tak zawsze znajdzie się jakiś bogatszy od ciebie szejk.

 

L-I-F-E S-T-Y-L-E

 

Przykro jest patrzeć, jak ludzie porzucają realizowanie swoich pasji, gdyż mogą one nie zapewnić im stabilności finansowej w przyszłości. Jak decydują się poświęcić kilka lat swojego życia by zdobyć zawód, którego wykonywanie jest «opłacalne», ale poza pieniędzmi nie daje im nic więcej. W imię pieniędzy wyrzekają się swoich marzeń po to tylko, by mieć co włożyć do garnka.

Zdaję sobie sprawę, że rzeczywistość nie jest taka kolorowa. Każdy z nas musi jeść i mieć gdzie spać, i o ile nie jesteś włóczęgą żywiącym się tym co znajdzie, to będziesz potrzebować pieniędzy: tak działa świat. Ale jak dla mnie pieniądze to zbyt błahy powód, by rezygnować z marzeń. Albo chociaż próby zrealizowania ich. Tak w domowym zaciszu, po godzinach. A jak nie wyjdzie, to spróbować znowu. I jeszcze raz. Ze zdwojoną siłą i determinacją.

To, za czym powinniśmy podążać, to określony styl życia. A czy wiąże się on z zarabianiem czterech, czterdziestu, lub stu czterdziestu «kółek» miesięcznie, jest bez znaczenia.

 

 

 

———

 

 

 

DISCLAIMER: spotkanie klasowe oraz sama postać «Tomka» zostały przeze mnie, na potrzeby tego tekstu, zmyślone; sytuacja, tzn. spotkanie starych znajomych oraz słowa, które padły w tekście—to wszystko jest prawdą. Zmieniłem trochę okoliczności całego zajścia, bo nie chciałbym, aby ktoś poczuł się urażony (pierdol się Jacek).

Koledzy i koleżanki: wasza godność została właśnie uratowana!