Do odważnych Gruzja należy!

Czas czytania
15 minut
Część pierwsza relacji z wyprawy po Sakartwelo

Sakartwelo — bo takim właśnie mianem zwykli określać swą ojczyznę sami Gruzini. Czy może raczej: Kartlowie. Nawiasem mówiąc, nie bardzo wiadomym jest, dlaczego w językach słowiańskich akurat Gruzją zaczęto nazywać ten niewielki kraj leżący u stóp Kaukazu. Teorii co do genezy nazwy jest kilka; pozwolę sobie jednak przystopować nieco z szastaniem ciekawostkami i przejdę do rzeczy.

Po długich, nieco burzliwych, aczkolwiek kulturalnych i uprzejmych dyskusjach, to właśnie Gruzję obraliśmy — wspólnie z Aldonką — za cel tegorocznej, wakacyjnej podróży. Powodów było kilka: większość z nich skupiała się wokół nieprzeciętnego piękna kraju, bijącego z oglądanych przez nas fotografii i filmów, nie mniej nie tylko piękno nas skusiło. Kusiła również przygoda, której mieliśmy nadzieję zakosztować, jak i bardziej prozaiczne względy finansowe — decydując się na wakacje „na wschodzie”, spodziewaliśmy się być w korzystniejszej sytuacji finansowej, aniżeli podróżując na zachód.

Powiem wprost: nie zawiedliśmy się. Gruzja nie poskąpiła nam ani niezwykłych widoków, ani przygód, a i finansowo udało się całą wyprawę zamknąć w bardzo rozsądnej kwocie. Co więcej: użycie sformułowania „nie zawiedliśmy się” w stosunku do niektórych widoków i przygód zakrawa na skrajne niedopowiedzenie. Dlatego też pragnę niezwłocznie sprostować całą sytuację dodając, że nieraz to, co w Gruzji zobaczyliśmy i czego doświadczyliśmy, znacznie przerosło nasze oczekiwania. Po zeszłorocznym wyjeździe do Hiszpanii i Portugalii wyznałem Aldonce, że były to najlepsze wakacje mojego życia.

Z przyjemnością spieszę donieść, iż obecnie zajmują one zaszczytne drugie miejsce.

Gruzińskie ulice.

Pomysł na Gruzję mieliśmy równie ambitny, co zwariowany

Jako że miała to być nasza pierwsza wizyta w kraju Kartlów, uznaliśmy, iż chcemy zobaczyć po trosze wszystkiego; trochę miasta, trochę wsi i przynajmniej 2 razy tyle gór. Tak — góry zdecydowanie zajmowały czołowe miejsce na liście naszych wakacyjnych priorytetów i, jak się później okazało, to były dobrze ustalone priorytety. Powiem więcej: góry to zdecydowanie najlepsza rzecz, jaką ma do zaoferowania Gruzja.

Zaraz po khinkali.

Podróży po Gruzji nie planowaliśmy z wyprzedzeniem. Dopiero na miejscu ustalaliśmy, gdzie i na jak długo się zatrzymamy, choć jeszcze przed wyjazdem wiedzieliśmy mniej więcej, co chcemy zrobić i zobaczyć. Nie wiedzieliśmy tylko, w jakiej kolejności.

Koniec końców wyszło tak, że spędziliśmy 2 noce w Kutaisi, następnie 3 noce w Tbilisi, skąd pojechaliśmy do Stepancmindy (i w jej okolice), gdzie zatrzymaliśmy się na 5 nocy, następnie kolejne 2 noce zabawiliśmy w Signaghi, z którego to wyruszyliśmy z powrotem do Tbilisi na 2 noce, by później wrócić do Kutaisi na lot do Polski.

Mówiłem: pomysł był ambitny.

Z racji tego, że w Gruzji spędziliśmy 15 dni, podczas których, zgodnie z pierwotnym założeniem, poznaliśmy różne oblicza tego kraju, postanowiłem podzielić relację na kilka części. W tej, którą właśnie czytacie, skupię się na Gruzji miejsko-wiejskiej, bazując na naszych doświadczeniach z Kutaisi, Tbilisi i Sighnaghi. Opowiem o tym, co widzieliśmy, a także zasugeruję, co moim zdaniem warto zobaczyć, a czego lepiej się wystrzegać.

Nie przedłużając tego i tak już przydługiego wstępu, zaczynajmy.

Chciałbym móc powiedzieć, że tak wygląda Kutaisi. Ale nie powiem. Bo to nie jest Kutaisi.

Kutaisi

Trzecie co do wielkości miasto Gruzji mógłbym określić w dwóch słowach: nie warto. Nie mniej uznałem, że wypadałoby wspomnieć o Kutaisi choćby i z tego względu, że i wam może przyjść skorzystać z atrakcyjnych cenowo połączeń lotniczych taniego przewoźnika o fuksjowo-niebieskich barwach, który z Polski lata właśnie do Kutaisi.

Moim zdaniem nie warto zatrzymywać się w Kutaisi choćby i na jedną noc. Miasto jest stosunkowo niewielkie, a jego interesująca pod względem turystycznym część „do zrobienia” w dosłownie jedno popołudnie. Jeśli więc uprzecie się, że koniecznie chcecie je odwiedzić, przy odpowiednim rozkładzie dnia będziecie w stanie to zrobić bez konieczności rezerwowania noclegu.

W naszym przypadku nocleg był konieczny, gdyż w Kutaisi wylądowaliśmy późną nocą. Ponadto, zdecydowaliśmy się zostać na dwie noce, wspaniałomyślnie poświęcając jeden cały dzień na zwiedzanie miasta. Jak się okazało: zupełnie niepotrzebnie, o czym przekonaliśmy się po fakcie.

Z rzeczy wartych zobaczenia mogę polecić niewielki Park Kutaisi, znajdujący się w centralnej części miasta nieopodal fontanny Colchis, przeciętny Park Besika Gabashvilego oraz niemniej przeciętną — o ile nie interesują was religijne zabytki — Katedrę Bagrati. Tyle. O wybitnej nieatrakcyjności Kutaisi niechajże zaświadczy fakt, iż najlepiej z pobytu w mieście wspominam … przepyszne khinkali, które zjedliśmy w restauracji Baraqa — i którą możemy polecić.

Nie traćmy zatem więcej czasu na rzeczy mało interesujące i skupmy się na tych znacznie ciekawszych. Panie i Panowie, przed wami:

Tbilisi

Stolica Gruzji już na wjeździe zrobiła na nas ogromne wrażenie.

Nagle skromna dwupasmowa droga, którą zmierzaliśmy do miasta od strony Kutaisi, powiększyła się o kolejne trzy pasy i mrowie pojazdów maści wszelakiej osaczyło naszą marszrutkę, a na horyzoncie zamajaczyły sylwetki imponujących budynków. Później było już tylko lepiej.

W Tbilisi spędziliśmy łącznie 5 dni i muszę przyznać, że choć miasto ma do zaoferowania naprawdę sporo, to na zobaczenie jego głównych „zewnętrznych” atrakcji — bez wchodzenia do muzeów itd. — powinny  w zupełności wystarczyć 3 dni. Większość wartych uwagi zabytków i fajnych punktów widokowych jest skupiona w rejonie Starego Miasta i osiągalna pieszo.

Zastanawiając się nad tym, w jaki sposób oprowadzić was po Tbilisi, wymyśliłem trasę zahaczającą o wszystkie warte uwagi — moim zdaniem — miejsca, a którą, przy odpowiednim tempie i umiejętnym korzystaniu z środków transportu publicznego, można by „załatwić” w jeden dzień. Można też rozbić sobie trasę na dwa dni lub więcej, proszę uprzejmie. Niemniej, zamysłem trasy jest, iż będzie ona prowadzić przez miasto w taki sposób, aby nie musieć wracać do już raz odwiedzonego miejsca.

Voilà!

Tbilisi. Widok z Soboru Trójcy Świętej.

Zwiedzanie rozpoczynamy od chyba najbardziej znanego i kojarzonego z Tbilisi miejsca — od Soboru Trójcy Świętej. Przepiękna, potężna, monumentalna budowla, górująca nad miastem niczym bajkowy zamek, widoczna jest z niemal każdego wyżej położonego punktu, a z racji swego usytuowania sama stanowi świetny punkt widokowy. Świątynia zachwyca skrzącymi się złotem dachami i symetrią poszczególnych jej segmentów. Nie jest jednak, wbrew pozorom, budowlą zabytkową. Budowę Soboru rozpoczęto w 1995 roku, by uczcić 2000-lecie chrześcijaństwa w Gruzji. Skończono zaś dopiero 7 lat później wskutek zawirowań ekonomicznych. Sobór otacza przepiękny taras z doskonałym widokiem na zachodnią część Tbilisi, a wokół świątyni rozmieszczono kilka pomniejszych zabudowań. Warto więc dać sobie trochę czasu na obejście całego terenu i odkrycie różnych jego zakamarków.

Z Soboru wyruszymy w dół, w stronę Pałacu Prezydenckiego, niemniej to nie on będzie naszym następnym przystankiem. Pałac omijamy z jego lewej strony i wąską ścieżką schodzimy w dół, kierując się w stronę Rike Park — kolejnego słynnego punktu na mapie Tbilisi.

Rike Park, oprócz swej wynikającej z nazwy funkcji, tj. bycia parkiem, na swym terenie mieści też dwie znane budowle, kojarzone z krajobrazem miasta — Rike Concert Hall oraz Most Pokoju. Pierwsza z nich mieści w sobie halę koncertową oraz przestrzeń wystawową, jak i również pomieszczenia użytkowe i kawiarnię. Niestety, podczas naszej wizyty budynek był zamknięty dla zwiedzających, toteż mogliśmy go podziwiać jedynie z zewnątrz. A jest co podziwiać. Futurystyczne, obłe kształty Rike przywodzą na myśl statek kosmiczny (lub równie kosmicznego potwora), i świetnie współgrają stylistycznie ze znajdującym się nieopodal, równie imponującym Mostem Pokoju. Most, a w zasadzie kładka dla pieszych, łączy dwa rozdzielone rzeką Kurą (tak, Kurą; hehehehe) brzegi Tbilisi, a zarazem dwie dzielnice — Stare Miasto z … Nowym Miastem? Coś w tym stylu. Na Most, tym razem przypominający mi grzbiet jakiegoś morskiego stwora, warto też rzucić okiem po zmroku. Pięknie oświetlony, prezentuje się bardzo efektownie na tle rzeki i rozświetlonych miękkim światłem latarni wzgórz miasta.

Imponująca bryła gmachu Soboru Trójcy Świętej.
Warto też poświęcić trochę czasu na zobaczenie parku przy świątyni.
Rike Park i Most Pokoju.

My natomiast nie tracimy więcej czasu na Park Rike i, przechodząc Mostem Pokoju do Starego Miasta, ruszamy w stronę Twierdzy Narikala, mijając po drodze kolejną słynną atrakcję Tbilisi, czyli Królewskie Łaźnie.

Twierdza Narikala, do której prowadzi niedługa (licząc od łaźni), acz całkiem stroma droga, to kolejny świetny punkt widokowy. Twierdza, a raczej jej ruiny, same w sobie nie stanowią moim zdaniem żadnej atrakcji, aczkolwiek jak na dłoni widać z nich Park Rike oraz Sobór Trójcy Świętej. Wypada ona też po drodze do kolejnych atrakcji na naszej trasie zwiedzania, więc jeśli zdecydujecie się pójść trasą, warto zajść do Twierdzy Narikala na szybką fotę.

Ulica Betlemi, którą pójdziemy dalej, to wraz z otaczającą ją dzielnicą chyba moje ulubione „miejsce” w Tbilisi. Ciągnie się ona w poprzek wzgórza po zachodniej stronie miasta, oferując tym samym świetny widok na wschodni brzeg. Mnóstwo tu urokliwych alejek, uroczych, kolorowych budynków i … pałętających się pod nogami kotów. Koty nie naprzykrzają się jednak zwiedzającym, a zwiedzający niespecjalnie zwracają uwagę na koty, nie mogąc oderwać wzroku od pięknej zabudowy. W pewnym momencie, idąc Betlemi w stronę pomnika Kartlis Deda, naszej kolejnej atrakcji, trafimy na niewielki taras z kilkoma ławeczkami, przykryty dachem z bluszczu. Polecam odpocząć tam chwilę i złapać oddech z dwóch powodów: po pierwsze, następna część trasy wiedzie przez strome wzgórze aż na sam jego szczyt; po drugie, z tarasu roztacza się przepiękny widok na Stare Miasto. Ostrzegam jednak: stężenie kotów w okolicy tarasu zdecydowanie wzrasta!

Niebezpieczne stężenie kotów w rejonach ulicy Betlemi.
Kartlis Deda - Matka Gruzja.

Po krótkim, acz intensywnym spacerze w górę zbocza, docieramy do pomnika Kartlis Deda, czyli Matki Gruzji. Dwudziestometrowy posąg kobiety, górujący groźnie nad miastem, jest symbolem Tbilisi. Matka Gruzja w lewej dłoni trzyma puchar wina, którym wita przyjaciół (to znaczy mnie i was, na przykład), w prawej natomiast dzierży miecz, którym broni miasta przed jego wrogami (ekhem! — Putin — ekhem!). Posąg robi wrażenie zwłaszcza z bliska; jednakże przyciąga też rzesze turystów głównie azjatyckiego pochodzenia, dlatego też nacieszywszy oko Matką Gruzją i roztaczającymi się spod jej stóp widokami, czym prędzej stamtąd znikamy.

Do kolejnej przygotowanej przeze mnie atrakcji, czyli Parku Mtatsminda, co prawda można dojść pieszo z Kartlis Deda, nie mniej byłby to dość nudny i uciążliwy spacer. Dlatego w tym miejscu polecam łaskawszym okiem spojrzeć na aplikację Bolt, która w stolicy Gruzji działa bardzo sprawnie i oferuje przystępne ceny. Do korzystania z apki potrzebny jest, naturalnie, dostęp do internetu, więc będziecie musieli albo zaopatrzyć się w dane komórkowe, albo kupić gruzińską kartę sim, co uczyniliśmy my.

Mtatsminda to park rozrywki zbudowany w roku 1930, a ufundowany przez władze Związku Radzieckiego. Nie musicie jednak obawiać się prehistorycznych karuzel i rollercoasterów — znajdujące się w parku sprzęty przynajmniej wyglądały na takie, które pochodzą z czasów nowożytnych. Nie mieliśmy jednak okazji sprawdzić ich w akcji.

Park Mtatsminda, oprócz swej rozrywkowej działalności, oferuje odwiedzającym go gościom coś, czego w Tbilisi nie brakuje — mianowicie kolejny punkt widokowy. Park znajduje się bowiem na wysokości 770 m n.p.m, a z racji olbrzymiej zajmowanej przezeń powierzchni, z Mtatsmindy jesteśmy w stanie zobaczyć niemalże całe miasto jak na dłoni. Kto jednak stwierdzi, że 770 metrów to za mało i chciałby wspiąć się jeszcze wyżej, może kupić przejażdżkę na gigantycznym, niemal 70 metrowym diabelskim młynie. To najwyższy pułap, na jaki zwykły śmiertelnik jest w stanie wznieść się stolicy Gruzji bez użycia statku powietrznego. Niezwykły śmiertelnik natomiast może jeszcze wspiąć się na olbrzymią wieżę nadawczą, znajdującą się tuż obok diabelskiego młynu. Wieża, mierząca ponad 270 metrów, nie jest bowiem, o ile mi wiadomo, dostępna dla zwiedzających.

Okazuje się, że w parku rozrywki można też znaleźć trochę sztuki ... Chyba sztuki.

Tak czy siak, planując wizytę w Parku Mtatsminda, warto rozważyć udanie się tam wieczorową porą: podobno widok ze szczytu wzniesienia podczas zachodu słońca na rozciągające się u jego stóp miasto wart jest bycia ostatnim, jaki zobaczy się danego dnia. Piszę „podobno”, gdyż wskutek kaprysu pogody, niestety nie było nam dane takiego widoku zobaczyć.

Po górnolotnych doznaniach na tbiliskich wzgórzach czas zejść na ziemię. Z Mtatsmindy możemy zrobić to na kilka sposobów; ja jednak polecam przejażdżkę Tbilisi Funicular, czyli kolejką linową. Przejażdżka co prawda do najtańszych nie należy, nie mniej jest to bodaj najszybszy sposób by wrócić do miasta. Z dolnej stacji kolejki kroki kierujemy natomiast w stronę Placu Wolności, czyli przedostatniej już atrakcji naszej trasy. Idąc do celu, warto zwrócić uwagę na wiekową zabudowę Starego Miasta, klucząc jego uliczkami.

Centralne miejsce Placu Wolności zajmuje Pomnik Świętego Jerzego, patrona Gruzji. Fajny jest ten ich patron: gościu nosi przydomek „Zwycięzca” i przedstawiany jest jako siedzący na rączym rumaku bohater, który przebija długą kopią złego smoka. Sam pomnik pokryty jest złotem i usadowiony na ponad dziewięćdziesięciometrowym postumencie. Całość robi wrażenie; zwłaszcza w pogodny dzień, gdy złoto skrzy się i migoce w promieniach słońca.

Ostatnim przystankiem naszej trasy jest długa na 1.5 km Aleja Szoty Rustawelego; jest to więc całkiem długi „przystanek”. Aleja Rustawelego to główna arteria miasta, ale też dobre miejsce aby skończyć — lub rozpocząć — zwiedzanie Tbilisi. Łączy ona wspomniany Plac Wolności z Placem Rewolucji Róż, a pomiędzy mieści mnóstwo punktów handlowo-usługowo-restauracyjnych, w tym i kilka ważnych na mapie miasta budynków, jak Gruzińskie Muzeum Narodowe, Państwowy Teatr Akademicki, czy Operę. Z racji swego rozmiaru i szerokich deptaków, Aleja ściąga też mnóstwo przeróżnej maści ulicznych sprzedawców. Spacerując wzdłuż arterii, bez problemu kupimy tandetne pamiątki w rodzaju magnesów na lodówkę (które my umiłowaliśmy sobie szczególnie) czy badziewne zabawki dla dzieci — najbardziej podobała mi się figurka na baterie przedstawiająca czołgającego się z karabinem maszynowym w ręce … Spider-Mana. Równocześnie znaleźć tam też można dużo ciekawsze rzeczy, jak pięknie wykonane rękodzieło lub stare książki. Polecam przyjrzeć się bliżej szerokiemu asortymentowi sprzedawców; a nuż uda wam się złowić jakąś niebanalną pamiątkę.

Wybierając się do Starego Miasta, warto dać sobie chwilę by po prostu pospacerować jego uliczkami.

I to tyle! Z pewnością nie wymieniłem wszystkich wartych uwagi miejsc w Tbilisi, nie mniej śmiem sądzić, iż zaproponowana przeze mnie trasa to taki dobry początek. Z pewnością dużo w niej różnych punktów widokowych, więc jeśli chcielibyście spojrzeć na miasto z różnych perspektyw, sprawdzi się ona znakomicie. Trasę polecałbym też tym z was, którzy nie mają za wiele czasu na zwiedzanie; jak pisałem wcześniej, przy odpowiednim tempie (i dobrej kondycji!) trasa jest „do zrobienia” w jeden dzień.

My tymczasem zmieniamy scenerię z wielkomiejskiego zgiełku na bardziej sielskie klimaty.

Następny przystanek:

Sighnaghi

Sposobów na zwiedzenie jednego z bardziej popularnych miast winiarskiego regionu Kachetia jest kilka.

Po pierwsze, w Tbilisi możemy złapać marszrutkę do Sighnaghi wcześnie rano, spędzić cały dzień na zwiedzaniu miasteczka, i wrócić do stolicy wieczorem. Czasu na zwiedzanie będziemy mieć aż nadto, gdyż miasteczko jest niewielkie i w całości do obejścia pieszo. Drugą opcją, tą, na którą zdecydowaliśmy się my, jest zarezerwowanie noclegu w Sighnaghi i poświęcenie miasteczku więcej czasu. Opcja ta nie jest jednak wolna od wad: już po pierwszym dniu zaczniecie się nudzić (bo miasteczko jest niewielkie), a wybór tanich noclegów jest mocno ograniczony. Może zdarzyć się tak, iż wylądujecie w mocno przeciętnej dzielnicy w mocno przeciętnym airbnb, którego ocenę uratuje w ostatniej chwili właściciel, przychodząc do was jednego ranka z śniadaniem „na koszt firmy” i litrem jednego z najsmaczniejszych domowych win, jakie w życiu piliście.

Może też być zupełnie inaczej.

Trzecią opcją, nad którą polecałbym wam zastanowić się głębiej, jest wypożyczenie samochodu na dwa/trzy dni i zorganizowanie małego road tripu. Dlaczego? Gdyż Kachetia to dużo więcej niż samo Sighnaghi, a będąc w posiadaniu środka transportu odkrywanie jej tajemnic będzie dużo łatwiejsze.

Tak. To jedyne warte uwagi zdjęcie, jakie udało mi się zrobić w Sighnaghi.

Jeśli chodzi o samo miasteczko to, niestety, za dużo wam o nim nie opowiem. Do Sighnaghi trafiliśmy po wielogodzinnej i trudnej podróży ze Stepancmindy, gdzie przez pięć dni z namiętnością oddawaliśmy się chodzeniu po górach. Skutek był do przewidzenia: byliśmy wycieńczeni. Po drugie, miasteczko przywitało nas deszczową pogodą, i w takiej też aurze spędziliśmy tam nasz pobyt. I jedno, i drugie zawarzyło na tym, że na Sighnaghi brakło nam i sił, i chęci.

Rzeczy do zrobienia w Sighnaghi mogę polecić wam trzy. Na pewno warto przejść się miasteczkiem. Jest bardzo urokliwe, o zwartej, przywodzącej na myśli Włochy zabudowie i dachach budynków krytych pomarańczową dachówką. Oczywiście, jeśli traficie na podobną pogodę, co my, to z tego uroku niewiele zostanie, nie mniej warto urządzić sobie taki spacer, choćby i dla zasady. Zresztą, nie powinien on zająć więcej niż trzy/cztery godziny.

Warto też wybrać się do Klasztoru Świętej Nino, znajdującego się nieco dalej od centrum miasteczka, jednak wciąż w zasięgu spaceru. Klasztor, który dla jednych sam w sobie może stanowić nie lada atrakcję, oferuje też wspaniały widok na leżące w oddali Sighnaghi. I znowu: jeśli pogoda nie dopisze, część uroku i klasztoru, i roztaczających się z jego tarasów widoków, niechybnie zginie w oparach zalegającej wszystko mgły. Na taką ewentualność też musicie się przygotować.

I po trzecie: restauracja Pancho Villa. Prowadzona przez pochodzącego z Kaliforni dżentelmena o widocznie meksykańskich korzeniach, który w knajpce robi za kucharza, kelnera i kierownika sali w jednym, Pancho Villa oferuje typowe dania kuchni no-sami-zgadnijcie-jakiej. I uwierzcie mi: po niemalże dwóch tygodniach diety gruzińskiej, z ulgą i przyjemnością przywitacie jakąkolwiek od niej odmianę. A jeśli traficie do Pancho Villi, to na jedzonku z pewnością się nie zawiedziecie: jest przepyszne! My spróbowaliśmy burrito, fajitas oraz chicken mole, i każde z dań smakowało wyśmienicie. Ceny: nieco wyższe niż przyzwyczaiła nas do tego Gruzja, jednakże jakość dań zdecydowanie warta była każdego zapłaconego zań lari. Sama knajpka też robi wrażenie!

Tbilisi. Tą uliczkę znalazłem przysłowiowy rzut beretem od przebogatego gmachu Pałacu Prezydenckiego.

Jeśli zaś chodzi o rzeczy do zrobienia poza Sighnaghi, to również nie mam wiele do powiedzenia. Przyznam szczerze: kiepska pogoda zdołowała nas na tyle, że postanowiliśmy wrócić do wciąż słonecznego Tbilisi, a Kachetię zostawić sobie na następny raz. W nieco okrężnej drodze powrotnej nie mogliśmy jednak odmówić sobie wizyty w winiarni — w końcu wino to towar eksportowy tego regionu. Wybraliśmy winiarnię Kindzmarauli, w której zaliczyliśmy szybki wine tasting i wycieczkę po całym przybytku, a także zaopatrzyliśmy w małe co nieco.

Jedno z tych „co nieco” wciąż czeka na otwarcie.

Podsumowanie

I to by było na tyle Gruzji miejsko-wiejskiej. Jeśli dotarłeś aż tu, Miły Czytelniku, to chciałbym ci serdecznie pogratulować wytrwałości, jak i również podziękować za przeczytanie tego tekstu. A jeśli przypadł ci on do gustu, nie wahaj się polubić go i zakomunikować o tym swoim znajomym, udostępniając go na takiej platformie jaką uważasz za stosowne. Na takich, które za stosowne nie uważasz, również możesz go udostępnić. Ja się nie obrażę :)

Wreszcie, jeśli masz jakieś pytania, wątpliwości, tudzież chciałbyś po prostu zbić pjonę — właśnie w tym celu wymyślona została widoczna poniżej sekcja komentarzy. Jeśli natomiast wolisz bardziej kameralne klimaty, to napisz do mnie maila. Adres znajdziesz w stopce.

Nie bardzo wyszło mi to podsumowanie, niemniej i na podsumowania przyjdzie jeszcze czas. Być może w kolejnej części relacji z wyprawy do Gruzji, która pojawi się na blogu już niebawem? Aż szkoda byłoby ją przegapić, prawda? No to migusiem klikać mi w widżet pod tekstem i … lubować fanpage! Tak, tak — to ten z drzewkami w tle. A zainteresowanych większą ilością zdjęć zapraszam na mój Instagram: jakubpe.official.

Tymczasem, do usłyszenia w kolejnym tekście!

Lub, jak mawiają Gruzini — nakhvamdis!

Tbilisi <3