Granica możliwości

Czas czytania
20 minut
Czyli najbardziej niesamowite 48 godzin mojego życia

Budzę się wczesnym, chłodnym rankiem. Promienie słońca łagodnie rozświetlają wnętrze namiotu, wyłaniając z ciemności rozrzucone niedbale elementy ekwipunku. Nad głową dynda mi przywiązana sznurówką do tropiku latarka.

Leżę w bezruchu. Napawam się spokojem i pierwszymi dźwiękami przyrody: cykaniem owadów, szelestem traw, odległym beczeniem przystępujących do śniadania owiec. Napawam się samym bezruchem. Wiem, że z chwilą, gdy wykonam choćby najmniejszy ruch, moje ciało rozbrzmi kakofonią bólu, łamania, pieczenia i rwania.

Przez ostatnie dwa dni z zapamiętaniem eksplorowaliśmy góry, doliny i wyżyny Południowego Kaukazu. Trekkingi, które miały być zaledwie rozgrzewką, okazały się znacznie bardziej wymagające. Do Juty, miejscowości, z której zaraz wyruszymy w ten najtrudniejszy, dotarliśmy więc wyczerpani. Wyczerpani, głodni i stanowczo spóźnieni, bo ledwie udało nam się rozłożyć namiot zanim zrobiło się zupełnie ciemno.

Choć zapewniani przez kierowcę, który przywiózł nas tu ze Stepancmindy, że namiot możemy rozstawić gdziekolwiek nam się podoba, postanowiliśmy zatrzymać się na kempingu Zeta. Po całym dniu na szlaku marzyliśmy o prysznicu, a ten, choć spartańsko urządzony, można na kempingu znaleźć. Poza tym, działa tu też stołówka, a dobiegające z niej zapachy nawet w połowie nie oddają tego, jak pyszne jedzenie oferuje. Biorąc pod uwagę, jak trudne czeka nas wyzwanie, zatrzymanie się na Zecie wydało się rozsądnym posunięciem.

OK, czas wstawać. Nieśmiały ruch głową wywołuje lawinę bólu, która w niepokojącym tempie pędzi w dół, swe apogeum osiągając w stopach. Próbuję nieco rozruszać zesztywniałe ciało, a szelest śpiwora, którym jestem otulony, budzi śpiącą obok Aldonkę. Ona też mocno odczuwa skutki ostatnich wypraw. Zanim jeszcze zdąży otworzyć oczy, na jej twarzy pojawia się grymas bólu. Gramolimy się jeszcze przez chwilę próbując wydostać ze śpiworów, po czym wychodzimy na zewnątrz.

Z racji tego, że na kemping dotarliśmy późnym wieczorem, nie zdawaliśmy sobie sprawy w jakich okolicznościach przyrody przyjdzie nam nocować. Tym większe zaskoczenie wywołuje widok ukazujący się nam po wyjściu z namiotu.

Miękkie światło porannego słońca powoli zalewa zbocza porośniętych trawą wzgórz, wynurza z mroków nocy kolejne kształty. U podstawy wzniesienia pasą się dwa kasztanowej maści konie, lecz padający z sąsiedniej góry cień osłania je jeszcze przed brzaskiem. Nieco wyżej, skąpany w złotawej poświacie, stoi trzeci koń, biały niczym zalegający pobliskie szczyty śnieg. Koń zdaje się drzemać; głowę trzyma nisko pochyloną, nie rusza się.

Z niedowierzaniem kiwam głową. To jeden z piękniejszych widoków, jakie przyszło mi w życiu podziwiać. Szybko doskakuję do namiotu i wyciągam aparat.

Po szybkiej toalecie przychodzi czas na pakowanie. Miejsce w plecakach szybko się zapełnia, a rzeczy do spakowania jakby nie ubywa. Prędko zdajemy sobie sprawę, że ciężko będzie nam wszystko zmieścić. Do tej pory cały nasz podróżniczy dobytek dzieliliśmy na dwa duże oraz dwa mniejsze plecaki; teraz całość musimy upchać w dużych. Kiedy miejsce we wnętrzu plecaków się kończy, zaczynamy przywiązywać do nich rzeczy tasiemkami i linkami.

Udało się. Sami do końca nie wiemy jak, ale udało się nam spakować. Nie świętujemy jednak: teraz czeka nas niemal 18 kilometrów wędrówki z tymi monstrami na grzbietach.

Pomagam Aldonce założyć plecak. Pod wpływem ciężaru nogi nieco się pod nią uginają, ale kiwa głową na znak, że jest dobrze. Kolej na mnie. Chwytam za szelkę i zarzucam sobie plecak na prawy bark, mało się przy tym nie przewracając. Następnie pochylam się i pozwalam grawitacji pomóc mi założyć drugą. Wreszcie prostuję nogi, a szelki boleśnie wpijają mi się w barki.

Plecak jest cholernie ciężki. Za ciężki.

Mam ochotę go zrzucić i zrezygnować z trekkingu. Patrzę na Aldonkę i kiwam przecząco głową. „Nie damy rady”, mówię. Nie taki dystans, nie takie przewyższenie. To się nie uda. To nie może się udać.

Zdejmujemy plecaki i przygnębieni siadamy na trawie. „Spróbujmy”, odzywa się Aldonka po dłuższej chwili, „spróbujmy dojść jak najdalej. Zawsze możemy zawrócić”. W jej oczach widzę determinację, której mi w tym momencie brakuje. Biorę głęboki wdech, patrzę na ścieżkę, która wije się wgłąb rozpościerających się przed nami wzgórz. „Spróbujmy”, odpowiadam, pogodzony z porażką.

Początek

Plan był ambitny: przejść z Juty do Roshki przez przełęcz Chaukhi, zatrzymać się na noc w Roshce, a kolejnego dnia wyruszyć w drogę powrotną do Juty, tym razem przez przełęcz Sadzele. Razem do pokonania 35 kilometrów i 2000 metrów przewyższeń, rozbite na dwa dni. Bułka z masłem.

Jednakże plan nie uwzględniał dwóch 20 kilogramowych plecaków, które teraz łamią nam kręgosłupy. Potrzebujemy więc nowego planu. Jego obmyślanie zostawiamy jednak na później.

Czas w drogę.

Pierwsze kroki to walka z grawitacją. Idziemy ostrożnie. Próbujemy wyczuć, jak zachowuje się ciężar na naszych plecach, dopasowujemy długość szelek i ich ułożenie na barkach. Co chwila przystajemy, by złapać oddech, poprawić plecak, napić się. Posuwamy się w ślimaczym tempie. Plecy już po godzinie zaczynają odzywać się tępym bólem. Idziemy dalej.

Wąska ścieżka prowadzi nas szeroką doliną, tuż przy niewielkim strumyku płynącym jej środkiem. Temperatura i słońce powoli zaczynają doskwierać, więc pozbywamy się kolejnych warstw ubrań. Wokół nas gęstwina tętni życiem: słychać basowe buczenie owadów, śpiew ptaków. Powietrze oszałamia mieszaniną ziołowych zapachów. Jakimś niewiadomym sposobem ta przyroda i ten krajobraz dodają nam sił, pchają do przodu. Plecy zaczynają przyzwyczajać się do ciężaru, a mięśnie twardnieją. W głowach pojawia się nadzieja.

Docieramy do niewielkiego jeziorka, przy którym po raz pierwszy odkąd opuściliśmy kemping spotykamy ludzi. Pokonaliśmy zaledwie trzy kilometry, choć w nogach czuć trzydzieści. Zbliża się południe, a my jeszcze nic dziś nie jedliśmy; uznajemy więc, że pora na śniadanie. Przy jeziorku stoi niewielki domek ze sklepikiem, a wokół rozstawione są ławeczki i stoliki. Rozkładamy kuchenkę turystyczną przy jednym z nich i wstawiamy owsiankę. Na sam zapach brzuchy odzywają się radosnym burczeniem.

Po chwili dosiada się do nas grupka starszych Holendrów, których spotkaliśmy wcześniej podczas trekkingu w Dolinie Truso oraz na szlaku prowadzącym na Kazbek. Ze zdumieniem przypatrują się naszym plecakom; pytają też o plany. Podczas rozmowy dowiadujemy się, że nie zamierzają  atakować przełęczy. Chcą zobaczyć wodospad znajdujący się po drodze i wrócą do Juty.

Po owsiance, która nie tylko dodaje nam sił, ale też poprawia morale, przychodzi czas na opatrywanie ran. Moje stopy mają się całkiem dobrze: założone na pięty żelowe plastry działają jak dodatkowa warstwa skóry, więc nawet nie czuję odcisków. Gorzej z Aldonką. Jej rany na piętach są tak rozległe, że plastry nie chcą się trzymać. Zagadujemy Holendrów, czy przypadkiem nie mają bandaży, ale w odpowiedzi słyszymy, że owszem, natomiast wszystkie medykamenty trzymają w plecaku, który aktualnie niesie ich znajoma będąca już w drodze do celu ich dzisiejszej wyprawy. Aldonka zaciska zęby; pozostaje mieć nadzieję, że spotkamy znajomą na szlaku.

Wraz z siłami i poprawionymi morale pojawia się też nowy plan. A gdyby tak przejść przełęcz Chaukhi, zatrzymać się na noc gdzieś po drugiej stronie, a następnego dnia pójść do Roshki i tam zakończyć trekking? Jeżeli tylko pozwolą nam na to siły, plany wydaje się wykonalny. A nawet jeśli odetnie nas gdzieś na szlaku, możemy zabiwakować jeszcze po tej stronie przełęczy i nazajutrz wrócić do Juty.

Nowy plan dodaje nam energii; a może to jednak owsianka?

Próba sił

Wbrew nadziejom, po owsiance marsz wcale nie jest łatwiejszy. Plecaki ciążą niesamowicie; plecy, choć przyzwyczajone do ciężaru, nie przestają boleć, a nogi stają się coraz bardziej odrętwiałe. Upał doskwiera niemiłosiernie.

Robimy sobie regularne przerwy. Dbamy o nawadnianie organizmu i zakrywanie kremem wystawionej na pastwę palącego słońca skóry. Krótkie odpoczynki pokrzepiają, choć sił w nogach z każdym kolejnym kilometrem coraz mniej.

Spotykamy znajomych Holendrów. Pani z medycznym zaopatrzeniem ich wyprawy z chęcią zgadza się opatrzyć pięty Aldonki. Rany wyglądają paskudnie, a Holendrzy z podziwu wyjść nie mogą, że Aldonka chce iść dalej. Ja też nie mogę wyjść z podziwu. I rozpiera mnie duma. I miłość. Widząc, jak Aldonka walczy, czuję, że niewypowiedzianą podłością byłoby, gdybym się poddał. Dziękujemy za pomoc i życzymy Holendrom szerokiej drogi.

Idziemy dalej.

Choć otaczające nas widoki zachwycają, prawie ich nie zauważamy. Jesteśmy skupieni na marszu; na tym, by się nie potknąć, nie przewrócić, iść dalej. Na szlaku spotykamy sporo ludzi, jednak wszyscy zdają się być spakowani na co najwyżej jednodniowy trekking. Tych idących w przeciwną stronę pytamy, czy daleko jeszcze do przełęczy. Słyszymy różne wersje, więc przestajemy pytać.

Przed Chaukhi stajemy około 16. Zarządzam dłuższy odpoczynek: podejście na przełęcz wygląda na znacznie bardziej strome niż wynikało z opisów, więc przyda nam się chwila na zebranie sił. Dochodzimy do wniosku, że skoro zaszliśmy tak daleko, grzechem byłoby nie spróbować przekroczyć przełęczy i zejść do znajdujących się po drugiej stronie jezior Abudelauri. Wydaje mi się, że na skali zmęczenia dotarliśmy do poziomu „I don’t care anymore”; jesteśmy tak zmęczeni, że przestaliśmy na to zwracać uwagę.

Chwilę zajmuje nam odnalezienie szlaku prowadzącego na przełęcz. Podpytuję o to odpoczywającej niedaleko nas dwójki ludzi, chłopaka i dziewczyny, którzy okazują się być Włochami, i którzy również zmierzają w kierunku Roshki. Wskazują mi ścieżkę wijącą się ostro w górę i po chwili odnajduję ją na swojej mapie. Dziękuję za pomoc; kątem oka zaś zauważam, że plecak chłopaka jest nawet większy niż mój.

Rozpoczynamy podejście.

Jest cholernie ciężko. Brakuje nam tchu. Momentami stromizna wymaga odłożenia kijków i wspomagania się rękami. Podłoże bywa sypkie i zdradliwe, każdy krok stawiamy z najwyższą ostrożnością. Przejażdżka w dół po kamieniach mogłaby się skończyć tragicznie. W drodze mijamy ludzi wspinających się bez żadnych plecaków i nawet oni dyszą z wyczerpania. Mijamy też kilku młodych chłopaków schodzących z przełęczy z rowerami górskimi w rękach. W pewnym momencie wyprzedzają nas spotkani wcześniej Włosi, a ja nie mogę wyjść z podziwu, jak sprawnie idzie im wspinaczka; zwłaszcza Włochowi z tym jego wielkim plecakiem.

Spotykamy też schodzącą z przełęczy grupę prowadzoną przez przewodniczkę z Juty. Dziewczyna dodaje nam otuchy, a później opowiada o dwóch spotkanych wcześniej Gruzinkach, które zamierzają dojść aż do jezior Abudelauri, a później wrócić do Juty. Zważywszy na to, że jest już 17, a wspomniane dziewczyny dopiero co nas minęły, przedsięwzięcie wydaje się karkołomne, co przewodniczka potwierdza. Mówi też, że próbowała odwieść Gruzinki od tego pomysłu, ale dziewczyny były nieugięte.

Po niekończącym się podejściu wreszcie zatrzymujemy się w miejscu, które wydaje się być najwyższym punktem przełęczy Chaukhi, według mapy liczącej sobie 3338 m n.p.m.

Jesteśmy wycieńczeni.

Zrzucamy plecaki i padamy na ziemię. Głodni i spragnieni, wyciągamy resztki chałwy i bidony z wodą. Podejście nas wykończyło, a przełęcz okazała się dużo trudniejsza do przekroczenia, niż przypuszczaliśmy. Nie możemy jednak zatrzymywać się na długo: strasznie tu zimno i mocno wieje. Na domiar złego słońce zaczyna już zachodzić, a my musimy znaleźć miejsce na biwak i rozłożyć namiot.

Z najwyższym trudem zakładamy plecaki i zaczynamy schodzić.

Długa droga w dół

Bardzo szybko zdajemy sobie sprawę, że jedyną rzeczą gorszą od wspinania się na 3.5 kilometrową przełęcz z 20 kilogramowym plecakiem, jest schodzenie z tej przełęczy.

Podłoże jest wyjątkowo niestabilne: idziemy po piargu, który obsuwa się nam spod nóg i wytrąca z równowagi. Wkrótce ścieżka rozgałęzia się i nie jesteśmy pewni, którą z odnóg powinniśmy pójść. Przed sobą, w oddali, zauważamy jednak Włochów i decydujemy się podążać ich śladami. Momentami jest bardzo stromo: balansowanie na wąziutkiej ścieżce jest tym trudniejsze, że z trudem udaje się nam zmusić skatowane nogi do posłuszeństwa.

Przed nami jeszcze długa droga w dół.

Wreszcie piarg ustępuje miejsca kępom gęstej trawy. Niemniej chwilowa ulga szybko mija gdy okazuje się, że twarde podłoże wcale nie ułatwia marszu. Ciężko stawiane kroki mocno obciążają kolana, które wkrótce zaczynają nieprzyjemnie dokuczać. Dopiero teraz w pełni doceniamy potencjał kijków trekkingowych. Używamy ich do wspierania się na rękach i odciążania kolan, choć i ta taktyka niesie ze sobą konsekwencje: po chwili bolą nas ramiona.

W pewnym momencie przytroczony do mojego plecaka materac odczepia się i zaczyna toczyć w dół. Choć z początku toczy się bardzo wolno, ani ja, ani Aldonka nie jesteśmy w stanie zareagować; odprowadzamy go tylko wzrokiem. Materac, zwinięty w rulon, szybko nabiera rozpędu i już po chwili koziołkuje wesoło w dół zbocza. Po dobrych kilkuset metrach znika nam z oczu za kępą traw. Przez chwilę patrzymy na siebie głupio, po czym wznawiamy marsz. Nie mamy czasu na opłakiwanie straty.

Musimy iść dalej.

Majaczące w oddali sylwetki Włochów zdają się potwierdzać nasze obawy: przed nami jeszcze kawał drogi do pokonania. Nie mam pojęcia, jakim cudem moje nogi wciąż działają. Mam wrażenie, że należą do kogoś innego; że to ktoś inny każe im wykonywać ruchy, bo ja już od dawna myślę tylko o tym, by położyć się i więcej nie wstawać. I czasem rzeczywiście się kładę - nachylenie stoku sprawia, że wystarczy usiąść i oprzeć się o plecak. Choć pokusa, by zostać w tej pozycji dłużej jest ogromna, wciąż udaje mi się podnosić.

Nagle Aldonka wskazuje palcem na coś jaskrawozielonego w kępie krzaków nieopodal: to nasz materac-uciekinier. Oddzielające nas od niego, gęsto zarośnięte zbocze nie zachęca do trawersu. Postanawiam zrzucić plecak (och! błogość!) i iść po materac „na pusto”. Akcja ratunkowa, choć niełatwa, kończy się powodzeniem. Uciekinier trafia na swoje miejsce i na wszelki wypadek zostaje przywiązany podwójnie.

Po czasie dłuższym niż wieczność stromizna zaczyna łagodnieć. Docieramy do podnóża przełęczy; ledwie żywi, oparzeni słońcem, wygłodniali. Nie zważając na powyższe, od razu zaczynamy szukać miejsca, gdzie moglibyśmy rozbić namiot. Zaczyna się ściemniać; nie ma czasu do stracenia. Po krótkich oględzinach terenu wybieramy miejsce tuż przy ścieżce. Wydaje się być w miarę równe, a przy tym odsłonięte od wiatru. Szybko rozkładamy nasze schronienie, a ja wstawiam wodę na zupkę chińską - naszą dzisiejszą kolację.

Chwilę później jest już ciemno. Słońce chowa się za górującymi nad doliną, kamiennymi szczytami, a wokół momentalnie zapada zmrok. Zdany na światło latarki, siedzę na zewnątrz próbując zagotować wodę, co przy niskiej temperaturze ciągnie się w nieskończoność. Aldonka już dawno schowała się w namiocie. Po chwili na ścieżce pojawia się trójka trekkerów. Witają się z nami przechodząc obok namiotu i informują, że chcą rozbić obóz obok jezior. Wyglądają na równie zmęczonych, co my. Życzymy im powodzenia i dobrej nocy.

Kolacja mija nam przy akompaniamencie siorbania i mlaskania. Zupka spełnia swoją rolę - napełnia żołądki i rozgrzewa. Po posiłku wskakujemy w śpiwory i ciesząc się znów bezruchem, czekamy na sen.

Wstaje nowy dzień

Sen nie przychodzi szybko, noc nie przynosi wytchnienia. Trudno się dziwić, gdy śpi się w relatywnie dzikim miejscu, a zewsząd dobiega subtelny szmer i szept nocy. Z początku zasnąć nie dają ocierające się o poszycie namiotu trawy, które w pierwszej chwili bierzemy za ciekawskie zwierzątka. Później budzą nas kroki na ścieżce obok i krzyki w oddali. Nie bardzo wiemy, co się dzieje, więc postanawiamy nie wychodzić na zewnątrz.

Budzimy się znacznie później niż zamierzaliśmy. Zmaltretowane ciała od razu dają znać, że nie zdążyły się zregenerować: nogi bolą jak diabli, stopy są w opłakanym stanie. Co prawda wschód słońca przespaliśmy, ale i tak cieszymy się z pięknego poranka. Postanawiamy się nie spieszyć; według mapy do Roshki mamy około 4 godziny łatwego marszu, więc bez problemu zdążymy przed zmierzchem. Wstawiamy wodę na owsiankę i chłoniemy każdy szczegół otoczenia.

Czas się zbierać. Bez pośpiechu zwijamy namiot i pakujemy resztę ekwipunku. Choć nogi buntują się, gdy wkładamy buty i zarzucamy plecaki, po chwili jesteśmy już na szlaku.

Dzień jest piękny.

Wkrótce spotykamy trójkę poznanych wczoraj trekkerów. Okazuje się, że są Niemcami i również zmierzają do Roshki. Gawędzimy chwilę, a oni zdają nam relację z wydarzeń wczorajszej nocy, jednak robią to nieco chaotycznie; nie za wiele udaje się nam zrozumieć. Życzymy im dobrego dnia i ruszamy w dalszą drogę.

Choć nasze ciała nie odzyskały jeszcze pełni sił, maszeruje się całkiem przyjemnie. Idziemy zboczem szerokiej doliny; teren jest praktycznie płaski, a ścieżka dobrze oznaczona i w miarę równa. Nie spieszymy się. Po drodze robimy kilka przystanków, by coś zjeść i odpocząć. Spotykamy też innych ludzi, idących zarówno do Roshki jak i w drugą stronę, do Juty. Zagadujemy też parę Austriaków i po wymienieniu się informacjami na temat opcji transportu z Roshki do Tbilisi, umawiamy się na wspólną podróż i podzielenie kosztów.

Do Roshki docieramy późnym popołudniem. W wiosce stoi zaledwie kilka chat, większość z nich w opłakanym stanie. Wśród zabudowań kręcą się dzieci, które spoglądają na nas z zaciekawieniem. Tuż obok drogę przecina stadko koni.

Na jednym z ogrodzeń dostrzegamy tabliczkę z wymalowanym nań napisem „Hostel” i wskazującą kierunek strzałką. Decydujemy się obejrzeć przybytek. Marzy nam się prysznic i coś ciepłego do zjedzenia, choć fundusze mamy mocno ograniczone. Większość gotówki, którą ze sobą mieliśmy, wydaliśmy w Jucie, a nie wygląda na to, by płatności kartą wchodziły tu w grę.

Po chwili stajemy na terenie hostelu. Budynek jest pokaźnych rozmiarów, a otaczające go podwórko przypomina raczej małe gospodarstwo rolne: wszędzie leżą jakieś graty, pod nogami kręcą się kury. Na ścianie domu znajdujemy cennik i okazuje się, że stać nas jedynie na opłacenie miejsca na namiot. Na szczęście, w cenę wliczona jest też możliwość skorzystania z toalety i prysznica. Dobijamy targu z właścicielką i po chwili rozbijamy namiot na wolnym kawałku ziemi. Kury z ożywieniem reagują na nowych współlokatorów.

W ten oto sposób dobiega końca najbardziej zwariowane 48 godzin mojego życia: leżymy w namiocie, siorbiąc zupkę chińską z garnuszka i postękując cicho z bólu, a wokół, jak gdyby nigdy nic, toczy się życie.

W głowie świta myśl: udało się nam. Cholera, naprawdę się nam udało.

Epilog

Z oferty hostelu korzysta też kilkanaście innych osób; w zasadzie wszystkie dostępne miejsca noclegowe są w tym momencie zajęte. Oprócz nas nocują tu również spotkani na szlaku Niemcy i Austriacy, a także czwórka Polaków oraz dwóch motocyklistów: jeden z Czech, a drugi … z Australii.

Wieczorem jeden z Niemców zaprasza nas, byśmy dołączyli do reszty hostelowiczów podczas kolacji, mimo że za nią nie zapłaciliśmy. Odmawiamy grzecznie, bo jakoś głupio byłoby nam tak siedzieć ze wszystkimi. Poza tym, w plecakach mamy jeszcze zapas jedzenia. Obiecujemy jednak dołączyć do kompanii na piwo nieco później.

Strasznie fajnie jest siedzieć przy jednym stole w tak wielonarodowym towarzystwie i móc rozmawiać swobodnie w jednym języku. Odnoszę też wrażenie, że panująca tu atmosfera to po części zasługa otoczenia. Moim zdaniem góry przyciągają określony typ ludzi; ludzi, którzy potrafią się nimi zachwycić, i którzy są w stanie dać z siebie wiele, by doświadczyć ich piękna.

Czasem o wiele więcej, niż przypuszczają.

Przy stole dowiadujemy się wreszcie od Niemców, co zdarzyło się w nocy. Otóż w chwilę po tym, jak rozłożyli namioty przy jednym z jezior - nomen omen tuż obok Włochów - usłyszeli wołanie o pomoc dochodzące od strony przełęczy. Szybko wypatrzyli na wzgórzu błyski latarki i postanowili działać. Do akcji ratunkowej ruszył jeden z Niemców oraz Włoch, a reszta została w obozie by przygotować się na przyjęcie ewentualnych poszkodowanych. (To właśnie kroki tej dwójki słyszeliśmy w nocy obok naszego namiotu). Po dotarciu do wzgórza chłopaki zorientowali się, że nie słyszą już wołania o pomoc i nie mogą dostrzec światła latarki. Mimo to, cały czas byli w stanie porozumieć się z ludźmi z obozu, którzy nawoływania wciąż słyszeli. Okazało się, że masyw przełęczy w jakiś sposób izoluje dźwięki dobiegające z wyższych partii, tak więc osoba stojąca u jego podnóża nie ma pojęcia, co dzieje się wyżej. Błądząc na ślepo i po ciemku, kierując się wyłącznie wskazówkami wykrzykiwanymi przez ludzi w obozie, Niemiec i Włoch doszli wreszcie do wniosku, że nie są w stanie pomóc. Przysiedli więc na chwilę by odpocząć - a przypominam, obydwoje spędzili cały dzień na szlaku taszcząc ogromne plecaki, więc zmęczeni byli niemożebnie - gdy wtem ujrzeli zbliżające się szybko w ich stronę światło. Po chwili światło okazało się być umundurowanym i uzbrojonym człowiekiem na koniu(!). Zbliżywszy się do nich, mężczyzna wymruczał „help”, a ujrzawszy kiwające przecząco głowy w odpowiedzi, zeskoczył z konia, rzucił im wodze i samotnie ruszył w górę.

Lekko oszołomieni i pozostawieni na pastwę nieznajomego mundurowego (i jego konia), Niemiec i Włoch nie wiedzieli, co robić: zostać, czy uciekać. Mężczyzna nie dał im jednak dużo czasu do namysłu. Po krótkiej chwili wrócił, prowadząc ze sobą dwie dziewczyny. Były to Gruzinki, które minęliśmy wspinając się na przełęcz Chaukhi. Te same, które wbrew ostrzeżeniom przewodniczki postanowiły przekroczyć przełęcz i zejść aż do jezior Abudelauri, a później wrócić do Juty, mimo że było na to stanowczo za późno. W drodze powrotnej, gdy zrobiło się ciemno, zgubiły ścieżkę i utknęły na zboczu. Zaczęły krzyczeć i wzywać pomocy; zadzwoniły też do Roshki z prośbą o wysłanie kogoś na ratunek, co tłumaczyło przybycie mundurowego.

Co zaskakujące (i nieco dziwne), według relacji Niemca, dziewczyny nie wydawały się dostrzegać powagi sytuacji. Wręcz przeciwnie: śmiały się i zagadywały chłopaków, zaoferowały im nawet coś słodkiego do jedzenia. Przez myśl im nie przeszło, aby podziękować za chęć niesienia pomocy. Wreszcie odjechały z mundurowym na koniu, jak gdyby była to najnormalniejsza rzecz pod słońcem.

Usłyszawszy historię, nie mogliśmy uwierzyć własnym uszom. Cała akcja działa się dosłownie kilkadziesiąt metrów od naszego namiotu, a my nawet nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy.

Po kilku szklaneczkach piwa, paru kęsach chlebka puri i rzece wylanych słów, postanawiamy rozejść się do swoich miejsc noclegowych. My wracamy do naszego namiotu i dosłownie padamy na materace. Owijamy się szczelnie śpiworami i próbujemy zająć wygodną pozycję, czego nie ułatwia nierówne klepisko podwórza hostelu. Zasypiamy obolali i wykończeni, ale szczęśliwi.

I tak właśnie kończy się najbardziej zwariowane 48 godzin mojego życia.