U stóp Kazbeku

Czas czytania
15 minut
Część druga relacji z wyprawy do Sakartwelo, czyli Gruzji

W poprzedniej części relacji wspominałem, że planując wyprawę do Gruzji uznaliśmy, iż skoro jest to nasza pierwsza wizyta w tym kraju, chcemy zobaczyć po trosze wszystkiego: trochę miasta, trochę wsi i przynajmniej 2 razy tyle gór. Mówiłem również o tym, że góry bezsprzecznie zajmowały pierwsze miejsce na liście naszych gruzińskich priorytetów, oraz że doświadczenie dobitnie pokazało, iż były to dobrze ustalone priorytety. Wspominałem też, że góry to zdecydowanie najlepsza rzecz, jaką Gruzja ma do zaoferowania.

I tym tekstem zamierzam to udowodnić.

Muszę zaznaczyć jednak, iż ze względu na naturę wyjazdu i wynikające zeń ograniczenia czasowe, udało mi się zobaczyć zaledwie małą cząstkę gruzińskich gór. Niemniej cząstka ta dostarczyła mi na tyle dużo doświadczeń i wrażeń, że czuję się w pełni upoważniony, by móc bronić tak śmiałej tezy.

A o jakich górach mowa?

O Kaukazie, rzecz jasna. Jak podaje ciocia Wikipedia, Gruzja jest częścią regionu nazywanego Kaukazem Południowym, będącego częścią regionu nazywanego Kaukazem, którego to centralny element stanowi łańcuch górski o tej samej nazwie — często uzupełnianej o przymiotnik „Wielki”. No więc Wielki Kaukaz zaliczamy do gór wysokich; jego najwyższy szczyt, Elbrus, liczy sobie 5642 m n.p.m., natomiast najwyższym szczytem Gruzji jest Szchara, piętrząca się na wysokość 5193 m.

Kazbek, wymieniony w tytule tekstu, jest siódmym najwyższym szczytem Kaukazu, i to u jego stóp, w miejscowości o dźwięcznie brzmiącej nazwie, zjawiliśmy się pewnego sierpniowego popołudnia.

A miejscowość ta nazywa się …

Stepancminda

Jeszcze do niedawna leżąca u podstawy Świętej Góry miejscowość widniała na mapie jako Kazbegi. Do dziś można spotkać się z tym mianem; często obie nazwy używane są zamiennie. „Kazbegi” to jednak relikt przeszłości — tej smutnej, bo właśnie tak przemianowały Stepancmindę władze sowieckie podczas okupacji. W 2006 roku Gruzini przywrócili miejscowości jej starą nazwę i od tego czasu jest ona tą oficjalną.

Stepancminda to niewielkie miasteczko położone u podnóży Kazbeku. Jest natomiast ostatnią większą osadą przed granicą z Rosją, przez co bardzo często wybierane jest na bazę wypadową przez ludzi chcących eksplorować tutejszy region. Ze Stepancmindy ruszają również ekspedycje wspinaczkowe na Kazbek.

Samo w sobie, miasteczko nie stanowi żadnej atrakcji. Tak jak wspomniałem, najczęściej służy odwiedzającym je turystom jako baza wypadowa, i w zasadzie na tym jego rola się kończy. Znajdziemy tu więc mnóstwo miejsc noclegowych: od prostych hosteli i guesthousów, po hotele oferujące nieco więcej luksusu. Jest też kilka restauracji (w tym godna polecenia BeBa Bari), kilka sklepów spożywczych oraz bodajże dwie agencje turystyczne; w tym jedna o polskich korzeniach, zwąca się Mountain Freaks.

Mimo dużej dostępności miejsc noclegowych, warto zrobić rezerwację jeszcze przed przyjazdem do Stepancmindy. Szukając czegoś na miejscu nie tylko skazujemy się na tułaczkę po stromych ulicach miasteczka, lecz także pozbawiamy możliwości przejrzenia wszystkich dostępnych opcji. My w trakcie pobytu w Gruzji rezerwowaliśmy noclegi za pośrednictwem Airbnb i za każdym razem trafialiśmy na miłych gospodarzy i fajne miejsca. Nie inaczej było w Stepancmindzie.

Klasztor Cminda Sameba. Widok ze szlaku na Kazbek.

Trafiliśmy do guesthousu … Nazi, który poza dość osobliwą nazwą, okazał się cudownym miejscem. Nawiasem mówiąc, dopiero po rozmowie z jego przesympatyczną gospodynią — mówiącą (trochę!) po angielsku! — dowiedzieliśmy się, że nazwa guesthousu pochodzi od jej imienia. Ponadto gospodyni żaliła się, iż zdarzały się przypadki ludzi robiących sobie zdjęcia pod szyldem jej przybytku, wykonujących salutujący gest wiadomego pochodzenia. Wytłumaczyła też, że ogarnia ją z tego powodu niewymowny smutek, gdyż bardzo lubi swoje imię, a w Gruzji nie wymawia się go jako „natzi”, tylko „Nazi”.

Tak czy inaczej, sam guesthouse okazał się strzałem w dziesiątkę. Pokoje były czyste i zadbane, właściciele przemili i uczynni, a żarełko takie, że ślinka cieknie! Co więcej, mąż Nazi zgodził się świadczyć nam usługi transportowe — i świadczył je w bardzo rozsądnych cenach — dzięki czemu nie musieliśmy przejmować się zamawianiem taksówek.  Sam nocleg natomiast kosztował nas zauważalnie mniej niż w innych miejscach w okolicy.

Jeśli więc wybieracie się do Stepancmindy, to gorąco polecam wam guesthouse Nazi. Na Airbnb znajdziecie go wpisując „Stepancminda” w pole wyszukiwania i odnajdując na mapce miejsce o nazwie „Hotel Gergeti”. A jeśli jest to wasz pierwszy raz z Airbnb, to śmiało korzystajcie z mojego kodu: https://www.airbnb.pl/c/jakubp191?currency=PLN. Z kodem dostaniecie zniżkę na swoją pierwszą rezerwację, a ja za polecenie dostanę kasę na kolejną. Nie ma za co!

A teraz czas opuścić Stepancmindę i ruszyć na pierwszy trekking.

Panie i Panowie, przed wami

Dolina Truso

Kto był, zamierzał lub zamierza wybrać się do Gruzji i w planach miał (lub ma) wyruszyć w okolice Kazbeku, ten z pewnością o Dolinie Truso słyszał. Wymieniana jako jedno z najpiękniejszych miejsc w całym kraju, Truso jak świat długi i szeroki słynie z bujnej zieleni porastającej zbocza oraz dno doliny … w co będziecie musieli uwierzyć mi na słowo, gdyż zieleni tej podczas naszego trekkingu po prostu zabrakło.

Na widok rodem z pocztówek najzwyczajniej w świecie się spóźniliśmy. Zieleń w dużej mierze ustąpiła płowym i żółtym odcieniom, a bujne trawy i porastającą dolinę roślinność wysuszyło palące słońce. Na domiar złego, w dzień trekkingu pogoda nagle się pogorszyła; niebo zasnuły gęste chmury skutecznie chowając za sobą słońce, a na twarze co chwila spadał nam lekki deszczyk. I wiecie co? Żadne z powyższych nie odjęło Dolinie Truso ani grama urody.

Śmiem twierdzić, że wręcz przeciwnie: moim zdaniem, Truso w takim właśnie wydaniu prezentuje się dużo ciekawiej, aniżeli na wiosnę. Zwłaszcza, gdy horyzont spowijają chmury, a na łąki i zbocza doliny opada lekka mgła. I właśnie takie warunki udało mi się uchwycić na zdjęciach.

Dolina Truso.
Dolina Truso. Początek trasy.

Do Truso ze Stepancmindy najłatwiej dostać się taksówką — wystarczy zagadnąć któregoś z kierowców czekających w centralnej części miejscowości. Możecie też załapać się na przejazd busem oferowany przez agencję Mountain Freaks, rezerwując sobie wcześniej miejsce. Jest również inna opcja; opcja „Adventure+”, czyli wyprawa do Doliny Truso … konno. Aczkolwiek poza tym, iż taka opcja istnieje, nie jestem w stanie powiedzieć wam o niej nic więcej.

Sam trekking określiłbym jako niewymagający — zarówno pod względem dystansu, jak i stopnia trudności. Łącznie, w tą i z powrotem, do pokonania jest około 21 kilometrów, z czego 90% tych kilometrów, to teren płaski. Trekking rozpoczyna się w miejscowości Okrokana, do której dowiezie was taksówka, a kończy pod Twierdzą Zakagori. I to kończy dość kategorycznie, gdyż spod twierdzy rozciąga się przygraniczna strefa wojskowa, oddzielająca Gruzję od Rosji i Osetii Południowej.  Nie zdziwcie się więc, gdy po dojściu do twierdzy ujrzycie mały posterunek wojskowy. Nie ma też się czego obawiać: panowie wojacy są mili i jeśli podejdą do was, to tylko po to aby poinformować o rzeczonej strefie i zakazie zapuszczania się dalej bez stosownej przepustki.

Dolina Truso. Widok z Twierdzy Zakagori.

Dolina Truso nie obfituje w zbyt wiele atrakcji — jej głównym atutem są widoki i przyroda, i to one pochłoną waszą uwagę. Niemniej jednak po drodze napotkacie również kilka atrakcji wzniesionych ręką człowieka. Oprócz wspomnianej Twierdzy Zakagori, która wieńczy trekking i jest wspaniałym punktem widokowym, natkniecie się na dwie miejscowości: Ketrisi oraz Abano. Przy czym słowo „miejscowości” stanowi w tym wypadku dość duże nadużycie. Zarówno Ketrisi, jak i Abano to po prostu kilka „prawie” opuszczonych budynków z kamienia, w stanie konstrukcyjnym wołającym o pomstę. Piszę „prawie”, gdyż w okresie letnim budynki te zamieszkiwane są przez pasterzy, przybywających do Truso wypasać zwierzęta. W zimie natomiast, z racji tego że obie miejscowości sroga pogoda odcina od świata, Ketrisi i Abano pustoszeją. Nie pustoszeje natomiast znajdujący się nieopodal Abano klasztor, zamieszkiwany przez mnichów, którzy w sezonie turystycznym sprzedają ręcznie wykonywane pamiątki w znajdującym się w Abano kościółku.

Jedyny budynek w Dolinie Truso, który przeszedłby kontrolę nadzoru budowlanego ... chyba.

Jeśli wybieracie się w okolice Stepancmindy, koniecznie zarezerwujcie sobie dzień na trekking Doliną Truso! To zdecydowanie jedno z piękniejszych miejsc w regionie, przy czym — jeśli planujecie inne trekkingi — doskonale sprawdzi się jako rozgrzewka przed bardziej wymagającymi trasami.     Takimi, jak na przykład

Trekking do AltiHut 3.014

Będąc w Stepancmindzie i mając ze sobą przynajmniej minimum sprzętu trekkingowego (czyli buty, odzież i kijki), grzechem byłoby nie spróbować wspiąć się do nowo otwartego schroniska AltiHut — ostatniego dostępnego dla zwykłych śmiertelników miejsca na trasie wspinaczki na Kazbek. Zwłaszcza, że trekking jest w zasięgu każdego, kto gotów jest włożyć weń nieco wysiłku.

Trekking rozpocząć można już w samej Stepancmindzie. Początkowo jednak spacer nie należy do najprzyjemniejszych — idzie się poboczem drogi asfaltowej. Dlatego też sporo osób decyduje się na dojazd taksówką do pierwszego punktu wędrówki — klasztoru Cminda Sameba. Drogę do klasztoru można co prawda urozmaicić sobie odbijając z drogi asfaltowej na ścieżkę prowadzącą skrótem wprost do monastyru, niemniej jest to dość wymagająca wspinaczka i zdecydowanie odradzałbym ją podczas złej pogody. Pod dotarciu do Cmindy Sameby oczom ukazuje się przepiękny widok na leżącą w dole Stepancmindę na tle przeciwległego masywu.

A to dopiero pierwszy z takich widoków.

Klasztor Cminda Sameba.

Z klasztoru szlak wiedzie już w stronę Kazbeku. Wystarczy pójść w kierunku znajdującego się nieopodal parkingu, z którego widoczna jest właściwa ścieżka. Biegnie ona ostro pod górę, po czym rozwidla się w dwie odnogi: prawą i lewą. Którejkolwiek nie wybierzecie, obydwie zabiorą was do AltiHut’a; nie widzę więc sensu opisywania dalszej drogi. Warto jednak wiedzieć, że ścieżki różnią się nieco od siebie. My poszliśmy lewą w stronę schroniska, a wracaliśmy prawą, i oboje — ja i Aldonka — odnieśliśmy wrażenie, że prawa była nieco łatwiejsza do pokonania.

Zarówno pod klasztorem Cminda Sameba, jak i później na szlaku (a tak po prawdzie to w całej Gruzji), można spotkać mnóstwo bezpańskich psów.
Wbrew obiegowej opinii, bezpańskie psy w Gruzji to nie krwiożercze bestie czyhające za każdym rogiem i kamieniem. Jeśli do was podejdą, to w tylko jednym celu - po jedzenie.

OK, czas na chwilę szczerości: tak naprawdę nie dotarliśmy do samego schroniska. Zdołaliśmy dojść do znajdującej się nieco wcześniej przełęczy Arsha, skąd postanowiliśmy — a w zasadzie zmuszeni byliśmy — zawrócić. Dlaczego więc piszę o trekkingu do AltiHut’a? Gdyż to właśnie był nasz cel.

Od kiedy zaczęliśmy interesować się Gruzją i dowiedzieliśmy o istnieniu Kazbeku, w naszych głowach pojawiła się myśl: a gdyby tak, pewnego dnia, spróbować stawić górze czoła? Wiedzieliśmy, że nie będzie nas na to stać w te wakacje; poza tym, nie mamy pojęcia o wspinaczce, a porywanie się na szczyt tego kalibru bez odpowiedniego przygotowania mogłoby się skończyć tragicznie. O ataku na Kazbek nie mogło więc być mowy. Góra jednak przyciągała nas do siebie coraz mocniej, zaprzątała myśli, pojawiała się w snach. Zdecydowaliśmy, że skoro nie będziemy w stanie się na nią wspiąć, to chcemy chociaż spojrzeć, poczuć klimat towarzyszącej wspinaczce przygody.

Podejść jak najbliżej się da.

Schronisko AltiHut 3.014.

AltiHut 3.014 to położone najbliżej Kazbeku miejsce, do którego bylibyśmy w stanie bezpiecznie dojść. Nie udało się, ale nie zmartwiło nas to zbytnio. Decyzja o powrocie była decyzją rozsądną. Zresztą, Kazbek i tak spłatał nam figla: po dotarciu do przełęczy Arsha, nazywanej najlepszym punktem widokowym na Górę, schował się za gęstymi chmurami i ani myślał pokazywać. Kaprys ten przyjęliśmy z ulgą: ot, kolejny powód, by tu wrócić :)

Niezależnie od tego, czy dojdziecie do schroniska, czy do przełęczy Arsha, pod dostatkiem będziecie mieć jednego: widoków. Widoków, o których mówi się, że zapierają dech w piersiach; choć nie tylko widoki odbiorą wam tchu — miejscami szlak również potrafi go pozbawić. Niemniej warto iść przed siebie; warto zrobić kolejny krok, pójść nieco dalej, uciszyć w głowie szept przekonywujący, że na dalszy marsz jesteście zbyt zmęczeni. Warto iść, bo wasz wysiłek to jedyna obowiązująca w górach waluta. Pot, zmęczenie i obolałe mięśnie w zamian za widoki, które głęboko zapadną wam w pamięć.

Innego sposobu nie ma.

Na zdjęciu przykład widoku, który kosztował wiele potu i zmęczenia ... że o obolałych mięśniach nie wspomnę.

Trekking do AltiHut’a jest zdecydowanie trudniejszy niż ten w Dolinie Truso. Do pokonania jest ok. 10 km (w jedną stronę) oraz ponad kilometr przewyższenia, licząc od Stepancmindy. Warto mieć to na uwadze i odpowiednio się do niego przygotować. Absolutną koniecznością będzie wyjście na szlak wcześnie rano — mniemam, że zależy wam na dotarciu do schroniska i z powrotem w bezpiecznych warunkach. Należy również zabrać ze sobą zapas jedzenia i wody: podczas wspinaczki spalicie całe mnóstwo kalorii, które trzeba będzie uzupełniać; trzeba również pamiętać o nawadnianiu. Przyda się też odpowiednie obuwie trekkingowe oraz kijki, a także odzież na zmianę; na przełęczy jest znacznie, znacznie zimniej niż w Stepancmindzie.

Podejmiecie wyzwanie? :)

Wybierając się na trekking do AltiHut 3.014, warto odpowiednio się przygotować. Buty trekkingowe, kijki i odzież na zmianę to podstawa!

Podsumowując

I co? Jak mi poszło? Wszyscy przekonani, że góry to najlepsza rzecz, jaką Gruzja ma do zaoferowania? Mam nadzieję! A jeśli zostało wśród was kilku niedowiarków, to informuję, że wszelkie wątpliwości z przyjemnością rozwieję w komentarzach pod tekstem lub w prywatnej wiadomości, którą możecie wysłać na widoczny w stopce adres mailowy.

To jednak nie koniec gruzińskich gór na blogu! Już niebawem będziecie mogli przeczytać kolejną część relacji z wyprawy do Sakartwelo, aczkolwiek tym razem w nieco innej konwencji niż dotychczas, bo i temat będzie wyjątkowy. Powiem wprost: w tekście opiszę najbardziej intensywne, szalone i niezapomniane 48 godzin naszego pobytu w Gruzji. Więcej zdradzać mi po prostu nie wypada :)

Tych z was, którzy jeszcze tego nie zrobili, a nie chcieliby niczego przegapić, gorąco zachęcam do polubienia mojego fanpage’a — znajdziecie go, klikając w widget Facebooka pod tekstem. A jeśli już o fanpage’ach mowa, to waszej uwadze polecam również mój profil na Instagramie — jakubpe.official. Już teraz znajdziecie na nim sporo fotek z Gruzji, a kolejne pojawiają się regularnie.

Tymczasem, do usłyszenia w kolejnym tekście!

Nakhvamdis!